Piszę
Tweetuję
Słucham

Blog > Komentarze do wpisu

Onieśmieleni dziennikarze

- Mieliśmy sporo szczęścia. Śmigło uderzyło w balkon sąsiada, zaledwie kilka metrów od miejsca, w którym staliśmy – napisał na Twitterze Craig Jenner z Londynu. To on, jako jeden z pierwszych opublikował w sieci zdjęcia z wypadku helikoptera, który ok. godz. 8 rano w środę zawadził o dźwig na budowie i runął na ulicę w środku brytyjskiej stolicy. Jenner fotografował z wieżowca obok , z którego otwierał się doskonały widok na ulicę Nine Elm Lane, na której płonęły szczątki maszyny. Fotoreporterzy gazet i agencji informacyjnych potrzebowali co najmniej kilkudziesięciu minut, by dotrzeć na miejsce. Na innym zdjęciu Jennera dobrze widać, że uderzenie śmigła rozcięło metalowe ogrodzenie balkonu jego sąsiada. Drugim bohaterem dnia był Nic Walker, który nakręcił pierwsze wideo z miejsca wypadku. Był tam przed policją , strażą pożarną i ratownikami. To jego oddech słychać na 12-sekundowym filmiku, które zamieściły prawie wszystkie największe media.  Tekstową wiadomość o katastrofie jako pierwsza nadała najprawdopodobniej użytkowniczka Twittera, znana jako Miss Keeno, na co dzień pracownica w firmie doradztwa personalnego. 

Agencje poinformowały o zdarzeniu ok. 15 minut później. Przez kolejne kilka godzin agencje i stacje telewizyjne z całego świata korzystały z materiałów tzw. dziennikarzy obywatelskich. Nie było to pierwsze wydarzenie, które zostało zrelacjonowane przez amatorów przed tradycyjnymi mediami. - Idea dziennikarstwa, która powstała w erze Gutenberga i upowszechniła się XIX i XX wieku zmieniła się. Zwykli użytkownicy internetu potrafią nagrywać własne materiały, szybko je emitować oraz interpretować . Takie są fakty. Pytanie, jak na to odpowiedzieć? – mówił Paul Lewis, szef działu projektów specjalnych i dziennikarz śledczy „Guardiana”. Odpowiedzią jego redakcji jest wdrażana od ponad roku strategia „Digital-first” i rozbudowuje swoją witrynę internetową, tworzy coraz więcej blogów i serwisów tematycznych oraz otwiera się na materiały nadsyłane przez czytelników. Dziś, serwis Guardian.co.uk jest trzecią co do wielkości witryną informacyjną na świecie po serwisach „Daily Mail” oraz „New York Times”. Mimo to gazeta – podobnie jak jej konkurenci - wciąż większość swoich przychodów czepie z reklam w papierowym wydaniu. – W pewnym sensie to nie ma znaczenia, bo to źródło przychodów szybko wysycha – podkreśla Lewis, który wziął udział w seminarium w Instytucie Reutera na Uniwersytecie Oksfordzkim.  Zastrzegł jednak, że nie wierzy w śmierć papierowych gazet. – Na pewno przeżyje choćby część magazynów, wierzę w to, że pozostaną również gazety weekendowe – dodał Paul Lewis, zdobywca British Press Award oraz Bevins Prize za dziennikarstwo śledcze. 

Swoje wystąpienie o mediach społecznościowych zakończył prowokacyjnym pytaniem „Wiadomości bez dziennikarzy?” tylko po to, żeby po chwili stwierdzić, że bez zawodowych reporterów raczej nie da się obejść. Ku radości nie tylko mojej, ale i kolegów z Finlandii, Włoch, Libanu, Pakistanu, Indii, Korei Południowej oraz USA. Choć nie każdy z nich odebrał to pytanie z jednakową powagą. Z pewnością Laura King z „Los Angeles Times”, która od ponad 10 lat jeździ z wojny na wojnę odczuwa to inaczej niż Gibran Peshimam, szef działu politycznego „The Express Tribune” z Pakistanu. „Los Angeles Times” trafiła w ręce magnata nieruchomościowego, który nie ma pojęcia o mediach, ale deklarował, że uratuje słabnący tytuł. Jego menedżerowie zaczęli od wprowadzenia spółki w stan upadłości, zmniejszenia objętości gazety, zamykania dodatków i zwolnień. Kolega, który w zeszłym roku był w „LA Times” opowiadał, że zgubił się szukając toalety, a na piętrze nie było nikogo, by zapytać o drogę. Z kolei „The Express Tribune” z Karachi o takich problemach słyszała najwyżej od swego zachodniego partnera – „International Herald Tribune”. Powstała dwa lata temu i od tej pory wyłącznie rośnie oraz zatrudnia ludzi (a do zaprojektowania szaty graficznej ściągnęła Jacka Utko, twórcę makiety m.in. „Pulsu Biznesu”). 

W dobie nowych mediów cykl produkcji newsa nieodwracalnie się zmienił. Samo pojęcie deadline’u, czyli terminu oddania materiału do publikacji przestaje obowiązywać. Wymogiem staje się wyprzedzenie konkurencji, nadążanie za tym, co dzieje się u i teraz. Paul Lewis twituje z sądów natychmiast po ogłoszeniu wyroku, odkąd w brytyjskich sądach dziennikarze mogą wnosić na rozprawy komórki i laptopy. – Porozmawiajcie z weteranami zawodu, opowiedzą wam, jak po wydarzeniu szli do pubu się napić zanim zaczynali pracę nad materiałem. Ich historie mnie onieśmielają – mówił Lewis.

- Naprawdę? Nie wyglądasz na onieśmielonego – wtrącił 66-letni John Lloyd, korespondent „Financial Times” w Europie Środkowej i Wschodniej, który prowadził seminarium jako wykładowca Instytutu.

 

Od lewej: John Lloyd i Paul Lewis

Od lewej: John Lloyd i Paul Lewis

czwartek, 17 stycznia 2013, vadim.makarenko

Polecane wpisy