Piszę
Tweetuję
Słucham

Blog > Komentarze do wpisu

Bolesne spotkania z mistrzem

Już od pierwszej sekundy widać było, że z Erykiem jest coś nie tak. Jak zwykle uprzejmy, w dyżurnej szarej bluzie z kapturem, energicznie wparował do kuchni i zabrał się za przyrządzanie swego dyżurnego dania: musli z ciepłym mlekiem. Nie miał na sobie natomiast zawadiackiego uśmiechu. Przecierał tylko zaczerwienione oczy. Nie sięgnął też po swój ulubiony „Independent“, który zwykle zaczynał czytać od końca, zaśmiewając się z nagłówków. W milczeniu usiadł obok mnie przy dużym sosnowym stole w kuchni. Dookoła krzątali się nasi wspólni znajomi – Blanka z kraju Basków, Rita z Chicago, Pete z Antwerpii i Risto z Helsinek. Ale Eryk ich nie zauważał. Jedzenia też. 25-letni wesołek z Bawarii  nie przepuszczał żadnej imprezy w akademiku i zwykle był pierwszy do wyjścia do pubu czy na bal w koledżu.

Po pięciu minutach milczenia byłem przekonany, że musi być na kacu albo odebrał złe wieści z domu. Zacząłem po męsku: - Ciężka impreza wczoraj?

Spojrzał na mnie i odparł cicho: - Wszystko w porządku.

To zabrzmiało, jak „zdechł mi właśnie pies“, o czym od razu mu powiedziałem. Eryk się uśmiechnął się po raz pierwszy tego ranka. – Po prostu jestem zamyślony – stwierdził.

- Bo? – próbowałem ciągnąć go za język.

- Mam spotkanie z tutorem – wyjaśnił.

Rita westchnęła. Twarze pozostałych posmutniały. Pete, odprawiający czary nad czajniczkiem ze świeżą kawą, rzucił krótko: - Prze....ne.

Tylko studenci Oksfordu i Cambridge wiedzą kim jest tutor i co oznacza spotkanie z nim, bo tylko te dwie uczelnie na Wyspach Brytyjskich wciąż fundują studentom (za ciężkie pieniądze tychże) to unikalne doświadczenie. Tutor – to wykładowca, który pełni rolę mentora, mistrza i wychowawcy. Rezyduje w koledżu i kształtuje studenta równolegle z wydziałem. To kolejna zagadka Oksfordu i Cambridge, czyli dwóch najstarszych brytyjskich uniwersytetów. Nauka np. w Said Business School - to jedno, a przynależność do Green Templeton College – to coś zupełnie innego. Koledż jest też bractwem, domem i oparciem, a nie tylko ośrodkiem nauki. Może zrzeszać adeptów z tak różnych dziedzin, jak medycyna, biznes czy dziennikarstwo.

 

prof. Zbigniew Pełczyński

Prof. Zbigniew Pełczyński z Pembroke College był tutorem m.in. Billa Clintona (fot. Wikipedia)

Tutor ćwiczy studenta nie tylko naukowo, ale też kształtuje jego charakter. Nieustająco rzuca mu „kręcone piłki“, zadaje prace domowe, które nie dotyczą tego, co w tym czasie student akurat przerabia na wykładach. Trzeba się więc napracować. Adepci nauk ścisłych przygotowują przed spotkaniem prezentacje projektów albo rozwiązują zadania. Ci, którzy studiują nauki humanistyczne piszą wypracowania, coś w rodzaju „Archetyp kapelusznika w literaturze angielskiej“, a więc od Lewisa Carrolla, poprzez T.S. Eliota aż do Archibalda Cronina.

The Naming of Cats is a difficult matter,

It isn't just one of your holiday games;

You may think at first I'm as mad as a hatter

When I tell you, a cat must have three different names.

The Naming Of Cats

T.S. Eliot

To bardzo trudna rzecz imię wynaleźć kotu.

Trudniejsza niż świąteczna zagadka czy gra;

Powiecie, żem jest wariat lecz przysiąc jestem gotów:

Porządny kot nie mniej niż trzy imiona ma.

Koty

T.S. Eliot

 

Trzeba posiedzieć w bibliotece, poczytać, ponotować, a potem jeszcze zgrabnie to opowiedzieć tutorowi. - Muszę dokładnie przemyśleć nasze spotkanie i ewentualny przebieg rozmowy – tłumaczył Eryk zapatrzony w musli. Nie zdradził, co mu zadał tutor, ale biorąc pod uwagę, że Eryk para się biochemią, musiało to być coś morderczego. 

Spotkanie trwa zwykle około godziny i czasem bierze w nim udział nie jeden student, lecz dwaj albo trzej. Praca z tutorem - to jeden z kilku kluczowych elementów wychowania brytyjskich elit. Obok amatorskiego sportu (czczonego tu niczym za oceanem NBA), mundurków i kiepsko ogrzewanych pokoi w internatach ćwiczy coś, co tu nazywa się „stiff upper lip” (dosłownie sztywna górna warga), czyli totalne opanowanie, które my, na kontynencie, nieraz bierzemy za oziębłość.

George ma 52 lata, w tym prawie 25 spędził w mediach i jako zagraniczny korespondent zjeździł połowę świata. To prawdziwy angielski gentleman – zawsze schludny, bardzo grzeczny i nierzucający się w oczy. Ubrany na szaro, czarno i granatowo, zwykle w prostych i wygodnych butach. Na każdym kroku mówi „proszę”, „dziękuję”, „czy nie miałby pan nic przeciwko”. Jego akcent zdradza absolwenta Oxbridge, podobnie jak to, że biegle włada kilkoma językami, co dla Wyspiarzy jest raczej nietypowe. Z dumą pokazuje mi swój koledż. To mający blisko 500 lat Corpus Christie w Oksfordzie, przyjmujący głównie studentów filologii klasycznej, filozofii, historii sztuki czy archeologii. George ukończył filologię klasyczną. Gdy na dziedzińcu podziwiam bambus, który bez problemu wytrzymuje tutejsze zimy i wiosny, on wskazuje na okno tuż nad bramą wejściową. – Tam mieszkałem. A nieco dalej, bliżej rogu, widać okno gabinetu, w którym spotykałem się z tutorem. To był doświadczony profesor, do którego jako dwudziestoparolatek musiałem nosić moje eseje. Nogi się pode mną uginały, brzuch bolał, ale musiałem iść – wspomina George. Być może dlatego dziś, gdy sam dostaje prace studentów stara się ich oszczędzać. Czasem tylko zażartuje. – Mee-Eun jest już tak dobra z angielskiego, że zna różnicę pomiędzy śmianiem się z kogoś i śmianiem się z kimś – powiedział z uśmiechem o koleżance z Korei Południowej. 

Eryk przeżył. – Jedziesz jutro na boat race? – zapytał mnie dziś w kuchni ze swoim zawadiackim uśmiechem. W Wielkanoc ósemka z Oksfordu zmierzy się w rywalami z Cambridge.

niedziela, 31 marca 2013, vadim.makarenko

Polecane wpisy