Piszę
Tweetuję
Słucham

Blog > Komentarze do wpisu

Life Przekroju

24 marca 2011 r. w podziemiach restauracji Skwer w Warszawie Grzegorz Hajdarowicz ogłosił, że „Przekrój” w sieci będzie płatny. Pokazał też pierwszą aplikację tego magazynu na iPada. Umówiłem się tego dnia na spotkanie z kimś, kto - jak sądziłem – może rzucić trochę światła na to, co się odbywa w głowie krakowskiego biznesmena, który zapowiadał wtedy, że pismo ma iść w kierunku „New Yorkera”. Mój rozmówca wymigał się w ostatniej chwili i dał mi „w prezencie” 90 minut wolnego czasu. Wykorzystałem to do spisania moich ówczesnych przemyśleń (hahaha, na iPadzie). Odnalazłem je dziś, kiedy to z obozu Hajdarowicza nadeszły kolejne złe wieści, a przyszłość „Przekroju” kolejny raz stanęła pod znakiem zapytania. 

Droga, którą kroczy jeden z najstarszych tygodników w Polsce nie jest żadnym wyjątkiem, ani zaskoczeniem. Pismo z wielką tradycją musi ciągle się zmieniać wraz z rzeczywistością i czytelnikami. Dlatego tak często po drodze zmienia właścicieli i naczelnych. Dlatego ciągle szuka nowych czytelników. Im starszy jest tytuł, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie długo błąkał się zanim znajdzie tych, którzy mają środki i pomysł na jego prowadzenie.

Nie zawsze się udaje. Czasami nie pomagają największe nawet pieniądze, bo po prostu kończy się jakaś epoka. Wiedzą o tym właściciele magazynu "Life", który zniknął z rynku po prawie czterech dekadach w 1972 r. Próby reanimacji podejmowane przez koncern Time Warner zakończyły się niepowodzeniem, choć wielu Amerykanów do dziś pamięta to pismo.

Wiedzą o tym właściciele miesięcznika gospodarczego „Portfolio”. To arcydzieło na rynku magazynów kosztowało bardzo dużo, ale nadszedł kryzys i jego najważniejsi reklamodawcy, czyli producenci aut, dóbr luksusowych i sektor finansowy ograniczyły budżety tak drastycznie, że nawet jego doświadczony i bogaty wydawca, Condé Nast poddał się.

Czasem pismom trafia się właściciel, który kupuje tytuł, bo uważa, że za kilka lat sprzeda go z zyskiem. Albo po prostu spienięży część majątku wydawnictwa. Jak np. nieruchomościowy magnat Sam Zell, który kilka lat temu przejął zadłużoną grupę Tribune Co. Na zebraniu z załogą ogłosił, że jeśli jego plan ratunkowy się nie powiedzie, nie zmieni to jego stylu życia. Radykalnie natomiast zmieni się styl życia załogi. Właśnie tak się stało, choć "Chicago Tribune" oraz "Los Angeles Times" wciąż się ukazują.

Grzegorz Hajdarowicz, obecny wydawca "Przekroju" jest niewątpliwie zafascynowany tytułem, który kupił i chcę przywrócić mu dawny blask. Niewątpliwie nie boi się ryzyka i ma na koncie sukcesy. Ale nie w branży wydawniczej, co było widać już po pierwszych deklaracjach, które składał po zakupie pisma. I po tym, jak je poprowadził. Miał być polski "New Yorker", ale stworzenie "New Yorkera" wymaga zgromadzenia najlepszych autorów i wydawania niewyobrażalnych dla Polski pieniędzy na ich pensje i delegacje. A w "Przekroju" zaczęło się od odchodzenia autorów i to nie byle jakich. Piotr Najsztub i Bartek Chaciński publikują dziś w konkurencji.

Pismo na miarę "New Yorkera" może stworzyć tylko naczelny z osobowością, który potrafi przyciągnąć dobrych autorów, a później jeszcze nimi pokierować. W "Przekroju" zastany przez Hajdarowicza naczelny opuścił statek prawie od razu. Jego następczyni, kierowała redakcją niedługo. Obecny naczelny "Przekroju" ma jednocześnie szefować miesięcznikowi "Sukces" o jakże odmiennym od tygodnika profilu. Która z tych osób miałaby przyciągać do pisma nowych autorów i tchnąć w obecnych ducha walki? A fala odejść jeszcze się nie skończyła.

Stworzenie pisma na miarę „New Yorkera” w Polsce – to ogromny wydatek, a nowy właściciel „Przekroju” nie potrafił przekonać zespołu do zmian i zagwarantować mu poczucia bezpieczeństwa. Pikująca sprzedaż tygodnika nie zaskakuje, bo jak dotąd jego wydawca popełnił wszelkie możliwe błędy. I dlatego "Przekrój" nie jest materiałem do wyciągania wniosków na temat przyszłości prasy. Źle zarządzane firmy po prostu chylą się ku upadkowi, niezależnie od tego, w jakiej branży działają - prasowej, telekomunikacyjnej czy meblarskiej. Ten smutny scenariusz nie jest zaskoczeniem. Ci, którzy pamiętają krótką historię tygodnika "Ozon" wiedzą, że dla kogoś spoza branży wydawniczej prowadzenie pisma jest niezwykle trudnym zadaniem. Janusz Palikot może to potwierdzić.

wtorek, 27 sierpnia 2013, vadim.makarenko

Polecane wpisy

Komentarze
2013/09/02 22:13:29
Nowe kierunki wymagają wiele odwagi by obrać. Dlatego nie wszyscy ją mają i widzą szansę na sukces