Piszę
Tweetuję
Słucham

Blog > Komentarze do wpisu

Nie będzie na to mojego okeja

Czasem nawet pracownicy wielkich mądrych, doświadczonych i słynących z innowacji firm zachowują się sztampowo. Zastanawiam się wówczas, czy doświadczenie i spryt tych organizacji są złudzeniem? Czy też mamy do czynienia z materiałem ludzkim słabej jakości? Bardzo możliwe, że to drugie. W końcu nie jest łatwo być pracownikiem działu marketingu dużej firmy, mieć te wszystkie mitingi, kejpiaje i wprowadzać dedykowane koncepty, a wieczorami jeszcze czytać Oscara Wilde’a i robić notatki. Głównie dlatego, że po całym dniu kejpiajów zostaje godzina na siłownię albo dziecko, a potem już tylko bedgasm.

A następnego dnia rano taki brand-manager albo szef marketingu sprawdza, jak jego dedykowane koncepty działają w sołszal mediach, łapie za komórkę, dzwoni do agencji PR i mówi: „Pani Agnieszko, ja chcę dostać cały materiał do autoryzacji, bo nazwa naszej firmy może być napisana wyłącznie dużymi literami, a przy każdym naszym sub-brandzie powinien być wymieniony nasz główny brand i przydałby się do tego jeszcze znak ®. A gdyby mogła pani dodać gdzieś w tym artykule nasz slogan reklamowy, to obok niego proszę postawić ©. Wie pani, jeśli to już ma iść w świat, to nasza centrala musi mieć stuprocentową pewność tego, że wszystko jest okej”.

Odkładając słuchawkę, taki brand-manager albo szef marketingu ma poczucie spełnionego obowiązku, bo zadbał o ekspozycję. I czeka na artykuł do akceptacji. Naturalnie, rozmawiamy o polskim brand-managerze albo szefie marketingu, który raczej nie rozmawia ze swoimi zagranicznymi kolegami o tym, jak się pracuje z mediami, skoro nie wie, że każda redakcja ma swoje zasady, także te dotyczące pisowni.

Nasz brand-manager rzadko czyta prasę zagraniczną, a gdy już czyta, to w pośpiechu, między jednym a drugim mitingiem. Nie zwraca zatem uwagi na to, że szwedzki „Dagens Nyheter” nie pisze nazwy szwedzkiego koncernu Ikea jako „IKEA”. Z kolei „Die Welt” nigdy nie napisał „adidas” zamiast Adidas, a „El País” jakoś nie doszedł do pisania „MANGO” zamiast Mango. Żadna gazeta na świecie, nawet ekonomiczna - która ma więcej wyrozumiałości dla brand-managerów i szefów marketingu - nie skalała się napisaniem czegoś w rodzaju IKEA®, MANGO® czy I’m lovin’ it©. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że bez względu na różne problemy gospodarcze zasady poprawnej polszczyzny, angielszczyzny, niemiecczyzny czy hiszpańszczyzny wciąż obowiązują. Bez względu na to, co sobie uroi na firmowym mitingu taki brand-manager albo szef marketingu, gazety i magazyny starają się tych zasad trzymać. To odróżnia dobre tytuły od słabych.

Co więcej, to też nakreśla zasady innej gry, na czystości której tym wszystkim marketerom zależy najbardziej, ale oni tego jeszcze nie rozumieją. Gdyby prasa miała trzymać się ich wskazówek, to zapanowałby chaos. Skoro już mielibyśmy kwiatki w rodzaju IKEA®, MANGO® czy I’m lovin’ it©, to w myśl świętej zasady marketingu „wyróżnij się albo zgiń” szybko przeszlibyśmy do pisania określonych marek czcionką określonej wielkości. Naturalnie, coraz większej. Przesada? No nie, bo tak stanowiłyby brandbooki, a skoro byłyby one wyższą instancją niż słowniki, to czemu nie?

I zadzwoni taki brand-manager czy szef marketingu (który nie czyta Oscara Wilde’a) do PR-owca albo dziennikarza i będzie przekonywał: „Pani Agnieszko, ja nie daję okej na taki materiał, rozumie pani? Nasza marka powinna być napisana dużymi literami i czcionką o wielkości co najmniej 27 punktów, mamy jasne wytyczne z centrali. I jeśli ten artykuł już ma iść w świat, to nasza centrala musi mieć stuprocentową pewność tego, że wszystko jest okej”.

piątek, 08 maja 2015, vadim.makarenko

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: michal, *.play-internet.pl
2015/05/08 11:08:05
ja natomiast nie daję zgody na El Paíz - ma być El País i już:)
-
2015/05/08 11:17:31
Ja też. Dziękuję bardzo za uwagę!
-
2015/05/09 18:15:38
Nie zapomnę, jak "grand manager" próbował wymóc, by w body copy wykrzyknik poprzedzić spacją, bo mu się z subbrandem zlewał. Na szczęście wybito mu to z głowy...