Piszę
Tweetuję
Słucham

RSS
środa, 25 listopada 2015

Did you threaten to overrule him?” – zapytał Jeremy Paxman ministra spraw wewnętrznych, Michaela Howarda, w maju 1997 r. Polityk kręcił, więc dziennikarz BBC zadał to pytanie 12 razy w tej samej formie. Fragment wywiadu, który zapisał się w historii dziennikarstwa można obejrzeć na YouTube. Jest niezwykły. To połączenie opanowania Paxmana i krętactw Howarda jest prawdziwym tour de force czwartej władzy. Na mnie działa hipnotycznie i nie dziwię się, że koledzy chętnie publikują to dziś w mediach społecznościowych. 

Jednak w tym filmiku nie widać kontekstu. Nie chodzi mi o to, że Paxman podobno przeciągał wywiad, bo kolejny materiał w programie „Newsnight” jeszcze nie był gotowy. I nie o to, że pozycja Howarda nie była wtedy najmocniejsza po serii ucieczek z więzień. Chodzi o to, kim był Jeremy Paxman i jego nadawca.

Dziennikarz nie był aniołkiem, jego rozmowy w „Newsnight” były uważane za zbyt agresywne. W połowie lat 90. ówczesny szef działu wiadomości, Roger Mosey kierował nawet specjalną inicjatywą pt. „Uprzejmość w prowadzeniu wywiadu”, a Paxman był jednym z problemów, który ją wywołał. BBC miała wrażenie, że jej wywiady są zbyt ostre, ludzie mogą być tym zmęczeni. (Myliła się.) To tak, jakby TVN uznał, że wywiady Moniki Olejnik są przesadzone i postanowił je nieco ucywilizować.

Jednak Paxman był jedną z ważnych twarzy brytyjskiej telewizji publicznej i gromadził solidna widownię, a BBC miała też innych wywiadujących, o bardziej łagodnym usposobieniu. W ten sposób pojmowała swoją rolę: serwować widzom informacje i publicystykę na różne sposoby.

I tu dochodzimy do tego, czym była i do dziś jest BBC. To instytucja publiczna, ona służy społeczeństwu. Służy, nie usługuje. A społeczeństwo to docenia i oprócz abonamentu daje jej określony mandat. W maju tego roku, 18 lat po wywiadzie z Howardem, ponad 85 tys. osób podpisało się pod petycją w obronie BBC przed krytyką ministra kultury. Brytyjczycy traktują swoją telewizję publiczną jak zdobycz cywilizacyjną. Tak samo, jak służbę zdrowia czy komunikację miejską. Tamtejsza klasa polityczna to wie i szanuje niepisany zwyczaj, który nakazuje nie przemeblowywać władz BBC.

Innymi słowy za Paxmanem, miażdżącym polityka powtarzanym pytaniem, stała nie tylko potężna instytucja publiczna, ale i 75 lat tradycji publicznego nadawcy. Niczym w serialu „Newsroom” za Willem McAvoyem ciągle stoi tradycja wolnych amerykańskich mediów i twarze wielkich poprzedników, Edwarda Murrowa i Waltera Cronkite’a.

TVP nie ma tego mandatu. Unikanie płacenia abonamentu i narzekanie na media publiczne są wśród obywateli w dobrym tonie. Traktowanie tych mediów w kategoriach łupu politycznego, dyskredytowanie ich i osłabianie interwencjami (nie tylko słownymi) są stałą praktyką naszej klasy politycznej. Pogarda dla TVP wśród publicystów również (przyznaję, że sam kiedyś się z nią nie kryłem).

Karolina Lewicka nie jest Jeremym Paxmanem, ona po prostu wykonywała swoją pracę, którą Richard Quest, gwiazda CNN opisał kiedyś w wywiadzie dla „Wyborczej” w prosty sposób: „No one has a right, an unfettered right just to speak out will”. Może trochę ją poniosło, ale to dlatego, że podczas rozmowy z wicepremierem w programie „Minęła 20” nie stały za nią twarze wielkich poprzedników. Nawet 25 lat polskiej demokracji, które mogłyby za nią stać, już nie są – jak się okazuje - taką bezdyskusyjną wartością. (Podobnie jak przynależność do Unii Europejskiej, której flaga została przez nową premier schowana do szafy.)

Dlatego wicepremier Piotr Gliński i cała jego formacja może posuwać się do gróźb. Dlatego prezes TVP nie znalazł w sobie siły, by poprzeć dziennikarkę i zawiesił ją. Dlatego my, widzowie, nie mamy telewizji publicznej, która nam służy. A my, dziennikarze, często nie widzimy niekwestionowanych wzorców na własnym podwórku. „No one to look up to”, jak powiedziałby Jeremy Paxman albo Will McAvoy.

00:19, vadim.makarenko
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 października 2015

PMPZUczolowka

10 marca 2015 r. przyszedł do mnie Bartek Chyż, dziennikarz działu BIQdata i ojciec chrzestny projektu "Puls maratończyka. Historia trzech biegów". Miał pomysł: śledzenie zawodnika biegnącego w maratonie za pomocą inteligentnego zegarka. - On będzie biegł, a my zbierzemy dane, a potem dzięki nim pokażemy maraton inaczej niż wszyscy - zaproponował. Słuchałem go, a przed oczami miałem to.

I pomyślałem sobie, że to byłoby coś. Po lekkim zmodyfikowaniu pomysłu, czyli dodaniu do niego dwóch innych zawodników na różnych poziomach i wideo, spotkałem się na kawie z Maćkiem Piwowarczukiem, szefem działu wideo „Gazety Wyborczej”. Zapalił się natychmiast bez względu na to (a może właśnie dlatego), że już na pierwszy rzut oka widać było, że realizacja będzie skomplikowanym i kosztownym zajęciem. Jednak trzeba było czekać do jesieni, na 37. PZU Maraton Warszawski.

Czas mijał, w sieci pojawiały się inne pomysły na opowiadanie historii za pomocą inteligentnych zegarków i choć żaden z nich nie dorównywał materiałom „New York Timesa”, były na swój sposób inspirujące. Pewna pani na Wyspach Brytyjskich opublikowała zapis statystyk swego aktu miłosnego (ekshibicjonizm #levelpro). A pewien pan podzielił się ze światem statystykami swoich sesji masturbacyjnych (gdyby ktoś myślał, że poprzedni rekord jest nie do pobicia)

Oglądając te wykresy, nabieraliśmy coraz większej chęci na maraton. I w końcu, pewnego słonecznego dnia, trzy tygodnie przed maratonem, dostaliśmy wiadomość, że PZU zgodziło się zostać partnerem materiału.

W dniu M, czyli 27 września, na trasie biegu stały cztery ekipy zdjęciowe Działu Wideo "Gazety Wyborczej" i ekipa obsługująca drona. Nieopodal Stadionu Narodowego, w kawiarni Temat Rzeka", czekał Bartek Goławski z Polska Biega, który od samego początku wspierał nasz pomysł. To on pomógł nam wybrać, kupić i skonfigurować zegarki dla zawodników. To on biegał z takim zegarkiem maratonowe symulacje i zrzucał na bieżąco dane do działu BIQdata, żebyśmy mogli się pobawić analizą i wizualizacją. To on wytłumaczył nam te wszystkie trudne pojęcia, jak np. "negative split", "oscylacja pionowa" czy "tętno progowe". A przede wszystkim to on, wraz z Natalią Jędrzejczyk z Polska Biega, przeprowadził dla nas casting.

Bartek zrzucał dane naszych zawodników na serwer. A szef działu wideo sam latał z mikrofonem wzdłuż trasy i na bieżąco relacjonował sytuację. To od niego, obserwując wyścig na Czerskiej, wiedzieliśmy o tym, że jednemu z biegaczy szwankuje mięsień dwugłowy, a drugiego męczy kolka. Zawodnicy i sprzęt nie zawiedli, mieliśmy wszystko, co chcieliśmy. Dzięki PZU mieliśmy genialnego eksperta - Janusza Wąsowskiego, trenera Yareda Shegumo, wicemistrza Europy w maratonie.

Łącznie nad interaktywnym reportażem pt. "Puls maratończyka. Historia trzech biegów" pracowało ok. 20 osób. Zapewne wiele rzeczy można było zrobić lepiej. I zapewne wiele rzeczy zrobimy lepiej następnym razem, bo wciąż się uczymy. Nie sposób podziękować wszystkim, którzy współtworzyli ten materiał. Dlatego po prostu zapraszam was do lektury "Pulsu maratończyka" i zwrócenia uwagi na ostatni, zwykle pomijany przez czytelników, ekran.

12:47, vadim.makarenko
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 września 2015

Zapraszam do anglojęzycznej wersji mojego reportażu z siedziby Lego. Jest dostępna tu.  

 

17:09, vadim.makarenko
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 maja 2015

Czasem nawet pracownicy wielkich mądrych, doświadczonych i słynących z innowacji firm zachowują się sztampowo. Zastanawiam się wówczas, czy doświadczenie i spryt tych organizacji są złudzeniem? Czy też mamy do czynienia z materiałem ludzkim słabej jakości? Bardzo możliwe, że to drugie. W końcu nie jest łatwo być pracownikiem działu marketingu dużej firmy, mieć te wszystkie mitingi, kejpiaje i wprowadzać dedykowane koncepty, a wieczorami jeszcze czytać Oscara Wilde’a i robić notatki. Głównie dlatego, że po całym dniu kejpiajów zostaje godzina na siłownię albo dziecko, a potem już tylko bedgasm.

A następnego dnia rano taki brand-manager albo szef marketingu sprawdza, jak jego dedykowane koncepty działają w sołszal mediach, łapie za komórkę, dzwoni do agencji PR i mówi: „Pani Agnieszko, ja chcę dostać cały materiał do autoryzacji, bo nazwa naszej firmy może być napisana wyłącznie dużymi literami, a przy każdym naszym sub-brandzie powinien być wymieniony nasz główny brand i przydałby się do tego jeszcze znak ®. A gdyby mogła pani dodać gdzieś w tym artykule nasz slogan reklamowy, to obok niego proszę postawić ©. Wie pani, jeśli to już ma iść w świat, to nasza centrala musi mieć stuprocentową pewność tego, że wszystko jest okej”.

Odkładając słuchawkę, taki brand-manager albo szef marketingu ma poczucie spełnionego obowiązku, bo zadbał o ekspozycję. I czeka na artykuł do akceptacji. Naturalnie, rozmawiamy o polskim brand-managerze albo szefie marketingu, który raczej nie rozmawia ze swoimi zagranicznymi kolegami o tym, jak się pracuje z mediami, skoro nie wie, że każda redakcja ma swoje zasady, także te dotyczące pisowni.

Nasz brand-manager rzadko czyta prasę zagraniczną, a gdy już czyta, to w pośpiechu, między jednym a drugim mitingiem. Nie zwraca zatem uwagi na to, że szwedzki „Dagens Nyheter” nie pisze nazwy szwedzkiego koncernu Ikea jako „IKEA”. Z kolei „Die Welt” nigdy nie napisał „adidas” zamiast Adidas, a „El País” jakoś nie doszedł do pisania „MANGO” zamiast Mango. Żadna gazeta na świecie, nawet ekonomiczna - która ma więcej wyrozumiałości dla brand-managerów i szefów marketingu - nie skalała się napisaniem czegoś w rodzaju IKEA®, MANGO® czy I’m lovin’ it©. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że bez względu na różne problemy gospodarcze zasady poprawnej polszczyzny, angielszczyzny, niemiecczyzny czy hiszpańszczyzny wciąż obowiązują. Bez względu na to, co sobie uroi na firmowym mitingu taki brand-manager albo szef marketingu, gazety i magazyny starają się tych zasad trzymać. To odróżnia dobre tytuły od słabych.

Co więcej, to też nakreśla zasady innej gry, na czystości której tym wszystkim marketerom zależy najbardziej, ale oni tego jeszcze nie rozumieją. Gdyby prasa miała trzymać się ich wskazówek, to zapanowałby chaos. Skoro już mielibyśmy kwiatki w rodzaju IKEA®, MANGO® czy I’m lovin’ it©, to w myśl świętej zasady marketingu „wyróżnij się albo zgiń” szybko przeszlibyśmy do pisania określonych marek czcionką określonej wielkości. Naturalnie, coraz większej. Przesada? No nie, bo tak stanowiłyby brandbooki, a skoro byłyby one wyższą instancją niż słowniki, to czemu nie?

I zadzwoni taki brand-manager czy szef marketingu (który nie czyta Oscara Wilde’a) do PR-owca albo dziennikarza i będzie przekonywał: „Pani Agnieszko, ja nie daję okej na taki materiał, rozumie pani? Nasza marka powinna być napisana dużymi literami i czcionką o wielkości co najmniej 27 punktów, mamy jasne wytyczne z centrali. I jeśli ten artykuł już ma iść w świat, to nasza centrala musi mieć stuprocentową pewność tego, że wszystko jest okej”.

poniedziałek, 22 września 2014

Dziś rusza serwis, nad którym wraz z moim zespołem pracowałem przez ostatnie miesiące. To powrót do źródeł dziennikarstwa: znowu szukamy liczb, gromadzimy je i tworzymy zestawienia. Tyle że w nowej formie, o której dawniej mogliśmy tylko pomarzyć

Moje pierwsze teksty przed laty redagowała Teresa Kruszona, dziś redaktor sekretariatu „Gazety Wyborczej” i członkini Rady Języka Polskiego, a wtedy szefowa dodatku „Supermarket” ukazującego się wraz z „Gazetą Stołeczną”, gdzie zaczynałem swoją dziennikarską podróż. Pisałem dla „Supermarketu” o jednorazowych zegarkach, klimatyzatorach, ofercie sklepów w biurowcach i innych atrakcjach. Pewnego dnia Teresa dała mi dziwne i - jak mi się wtedy zdawało - niezbyt poważne zadanie.

- Spisz ceny warzyw i owoców na bazarze pod Halą Banacha. Włoszczyzna, ogórki, pomidory, kapusta, kapusta pekińska, kalarepa, kalafior, brokuły - wymieniała, a ja pilnie notowałem. Następny dzień miałem zacząć na bazarze, a w redakcji wklepać ceny do tabelki. Tej tabelki prawie nie było widać, pracowaliśmy jeszcze w DOS-ie i na czarno-białych monitorach nazwy warzyw oddzielaliśmy od cen, wciskając mozolnie klawisze spacja i enter.

Ale największym problemem nie była technologia. Wtedy nie wypadało, ale teraz już mogę się przyznać: nie wiedziałem, jak wyglądają brokuły. Ani kalarepa. Ani kalafior. W ZSRR (dorastałem za wschodnią granicą) wszystkie te dziwne kapusty nie były popularne. Pamiętam z dzieciństwa określenie „kolorowa kapusta”, które słownikowo oznacza kalafior, ale dla mnie określało też wszystkie pozostałe kapusty. Gdy nazajutrz pod Halą Banacha spytałem, gdzie znajdę kalarepę, życzliwi powiedzieli coś w rodzaju: „Dwie alejki dalej po prawej”. Gdy byłem już przy warzywach, zacząłem jak doświadczony reporter:

- Dzień dobry! Po ile ta kalarepa?

- Nie mam kalarepy - odparł sprzedawca.

- A co to?

- To kalafior.

Nie muszę mówić, jaką miał minę. A ja dopytywałem o cenę i szedłem do kolejnego stoiska, dialog się powtarzał, tyle że z innymi warzywami. Opanowałem nazewnictwo, a w redakcji spisałem tabelkę i zrobiłem krótki komentarz. To był mój debiut w dziennikarstwie danych. Najwyraźniej słaby, bo dziś nie mogę znaleźć go w archiwum.

Odkryłem natomiast tekst koleżanki pt. „Do łuskania i gryzienia” zachęcający czytelników do zastąpienia czipsów orzechami i suszonymi owocami. Brzmiał tak: „W Hali Banacha na Ochocie kupimy łuskane pestki z dyni sprowadzone aż z Chin. Cena 100-gramowego opakowania wynosi 3,60 zł. Za trochę większe, bo 125-gramowe, polskiej produkcji zapłacimy 4,35 zł. Tańszy od pestek dyni jest łuskany słonecznik - 2,40 zł za 100 g.”. Banalne? Ależ skąd! Autorka radziła, gdzie można taniej kupić bakalie i gdzie jest ich największy wybór, bo latem 1998 r. nie było ich jeszcze na każdym rogu.

Dziś dane zdobywa się łatwiej, bo swoje bazy danych otwierają urzędy, organizacje pozarządowe, a nawet firmy. Wówczas wyciągnięcie tabeli z kaloriami w posiłkach sieci fastfoodów to był wyczyn. Dziś ładujemy ją na dysk komputera w kilka sekund. W ogóle danych jest coraz więcej: ważnych i błahych, obfitych i ubogich, uporządkowanych i chaotycznych, a tym samym praca z nimi zabiera dużo więcej czasu i wymaga większej wiedzy, jeśli chcemy wyciągnąć z nich ciekawą i użyteczną historie.

W internetowym wydaniu „Gazety Wyborczej” czytelnicy mogą znaleźć interaktywne tabele np. z cenami w sklepach i przeszukać je. Albo kartogramy pokazujące np. procent mieszkań bez łazienki w poszczególnych gminach. Pracując wraz z zespołem nad serwisem BIQdata, czułem się, jakbym wracał do źródeł. Bo za każdą, nawet najbardziej wyrafinowaną interaktywną infografiką stoi tabela (a za tabelą kryją się godziny sprawdzania, filtrowania danych i pracy nad wizualizacją).

Czasem takie tabele potrafią nieźle namieszać. Pod koniec 2004 r. „Dallas Morning News” przeanalizował wyniki stanowych testów szkolnych w Teksasie i szybko odkrył, że jedna ze szkół regularnie oszukuje. Szczegółowe analizy wykazały, że swój wynik zawyżało blisko 400 szkół w całym stanie. Po śledztwie gazety wybuchł skandal.

Z kolei argentyńska „Le Nacion” posługując się  otwartymi danymi prześwietliła wydatki senatorów. Po wklepaniu wszystkich danych do bazy i wyświetleniu ich na wykresach stwierdziła, że część wydatków reprezentacyjnych politycy przypisali podróżom, które nie mogły się odbyć, bo… w tym czasie trwały inne podróże służbowe.

A „Guardian” opublikował niedawno dane pokazujące, gdzie przedstawiciele poszczególnych zawodów zdobywali swoją edukację. „Tylko jeden na 100 obywateli Zjednoczonego Królestwa ma dyplom Oksfordu albo Cambridge, a jednak absolwenci tych uczelni stanowią 75 proc. wszystkich sędziów, 57 proc. stanowisk w rządzie, 47 proc. publicystów w gazetach i 33 proc. kadry kierowniczej w BBC” – czytamy na Datablogu tego dziennika. Te dane mówią same za siebie.

Jednak dane nie zawsze mówią wszystko, a czasem wręcz zaciemniają obrazek. Jak choćby polskie statystyki umieralności. Nasi lekarze nie są zbyt skrupulatni w wypełnianiu kart zgonów, dlatego często możemy przeczytać w nich „niewydolność wielonarządowa” albo „starość”. W efekcie Światowa Organizacja Zdrowia wyklucza Polskę z swoich analiz porównawczych dotyczących przyczyn zgonów.

Na BIQdata znajdziecie m.in.:

- muzyczną mapę Polski wg Spotify;

- przekonacie się, że wielkie telewizje w USA jeszcze nie zginęły;

- na własne oczy zobaczycie, jak #IceBucketChallenge zarażało świat i co z tego wyszło;

- i wiele innych, poważnych materiałów.

Zapraszam na BIQdata.pl!

 

06:00, vadim.makarenko
Link Komentarze (4) »
wtorek, 29 lipca 2014

Międzynarodowy festiwal Cannes Lions zakończył się miesiąc temu, ale świeże statystyki udało mi się zebrać dopiero teraz. Pokazują jasno: na tle innych polska reklama wypada słabo. Tak, zdobywamy nagrody, ale...

Niektóre kategorie pozostają poza naszym zasięgiem, jak np. film czy produkcja filmowa, nie mówiąc już o kategorii Titanium, w której nagradzane są tylko przełomowe pomysły. Wygrywamy głównie w takich kategoriach, jak PR, promocja czy marketing bezpośredni.

Przez ostatnie pięć lat zdobywaliśmy po trzy albo cztery statuetki rocznie, co lokuje nas zdecydowanie bliżej końcówki rankingu. Większość nagród w Cannes wygrywają bogate i rozwinięte kraje oraz kraje po prostu duże. Im więcej mieszkańców ma dany kraj, tym więcej pieniędzy reklamodawca przeznacza na dotarcie do nich ze swoim przekazem. Dlatego obok takich potęg, jak USA, Wielka Brytania czy Japonia w rankingu wysoką pozycję zajmuje Brazylia. A w pierwszej dziesiątce mieszczą się takie kraje, jak Argentyna czy RPA. Nie ma więc co się dziwić, że dużo więcej trofeów niż Polacy z Lazurowego Wybrzeża przywożą Chińczycy czy Hindusi.

Większe budżety reklamowe pozwalają agencjom i ich klientom produkować reklamę lepszą technicznie, a nierzadko także bardziej pomysłową. Weźmy obsypaną w tym roku nagrodami kampanię "Strach na wróble", którą Creative Artists Agency przygotowała dla amerykańskiej sieci barów szybkiego żywienia - Chipotle. Poza reklamówką z piosenką Fiony Apple firma zapłaciła za produkcję gry na tablety i smartfony. O takim zleceniu polskie agencje mogą najwyżej pomarzyć.

Jednak pieniądze - to nie wszystko. Jeśli popatrzymy na Brazylię, to zobaczymy, że mając do dyspozycji 10-krotnie mniej pieniędzy wywalczyła tylko dwukrotnie mniej statuetek. Z kolei Japonia, drugi co do wielkości rynek reklamowy na świecie, na Lazurowym Wybrzeżu został pokonany przez Argentynę, z jej skromnymi budżetami. Nie zapominajmy też o kulturze: z jakiegoś powodu azjatyckie reklamy często śmieszą konsumentów na Zachodzie i odwrotnie. Czasem chodzi o zwykły łut szczęścia: subiektywnych jurorów albo dyspozycję dyrektorów kreatywnych.

W tym roku nagrodę główną w kategorii film zdobyła kampania londyńskiego domu towarowego Harvey Nichols, która trudno nazwać kosztowną. Bohaterowie zwyczajnej reklamówki telewizyjnej dostają w prezencie na Boże Narodzenie wykałaczki albo zatyczki do wanny. Agencja DDB wykorzystała i doprowadziła do absurdu znane od dawna spostrzeżenie na temat naszej natury: dla siebie kupujemy dużo droższe prezenty niż dla bliskich.

Dobry pomysł wciąż jest na wagę Złotego Lwa.

czwartek, 29 maja 2014

Nie zamierzam ogłaszać końca reklamy, już to robiłem, a niektórzy wciąż to robią. Na razie się nie sprawdza, ale nawet zepsuty zegar pokazuje prawidłową godzinę dwa razy na dobę. Nie twierdzę też, że pożegnanie duetu twórców agencji PZL jest ich końcem. Chcę powiedzieć, że reklama jaką znamy powoli dobiega końca.

Wszystko już było. „Robię w tym cyrku od lat i powiem, że nie jest lekko. Tak naprawdę, to robi się coraz trudniej. Kiedyś, gdy wszystko kręciło się wokół alkoholu, papierosów i aut - to były dni naszej chwały! Czułem się, jakbym naprawdę rządził. A potem faceci przestali panować nad tym, jak się wydaje pieniądze, a my straciliśmy orientację w terenie. (...) Kiedyś kręciliśmy reklamę piwa ze szwedzkimi modelkami w bikini i zmienialiśmy branżę. 10 lat temu byliśmy największą agencją w mieście. Dziś walczymy o trzecie miejsce” - zwierzał się 14 lat temu Dan Wanamaker, szef agencji reklamowej w filmie „Czego pragną kobiety”. Zamieńmy „kobiety” na „internet” i nadal wszystko się będzie zgadzało.

Nie ma wątpliwości co do tego, że reklamy Kota Przybory i Iwo Zaniewskiego, które powstawały najpierw w Grey, a następnie w PZL zmieniały branżę. Skrzyły się humorem i opowiadały historie, dlatego podobnie jak ich twórcy były obsypywane nagrodami w Polsce. A że były silnie osadzone w naszych polskich realiach nie miały najmniejszej szansy na festiwalu w Cannes.

- Byli konkurentem, od którego najwięcej się nauczyłem - powiedział mi prezes jednej z największych agencji sieciowych w Polsce, gdy wybuchła wiadomość o odejściu duetu.

 

- Dobra reklama to ta, która nam się podoba - powiedział Iwo Zaniewski w rozmowie z magazynem „Brief” pięć lat temu. W obronie tego credo był konsekwentny i twardo walczył z badaniami, na które powoływały się firmy zamawiający kampanie. Twierdził, że firmy boją się ryzykować, a badania są w stanie zabić każdy pomysł. Gdy PZL stawiła się na ogłoszony przez Polkomtel przetarg, Zaniewski nie miał nawet gotowej prezentacji. Pomysł przedstawiał kreśląc na tablicy. Dziś już wiemy, że to najwyższa szkoła jazdy w prezentacji, ale wtedy było to zwykłą impertynencją.

Odbiorcy rzadko zastanawiają się nad tym, kto wymyślił reklamę, którą przed chwilą obejrzeli. Myślę jednak, że ci, którzy się nad tym zastawiają, czuli na jakimś podświadomym poziomie, że te reklamy kręciły samych twórców. Dlatego ich kampania Frugo stworzona prawie 20 lat temu była emitowana w telewizji jeszcze niedawno, po udanym odrodzeniu tej marki. A Mumio, które - z nadania PZL - przez tyle lat służyło Polkomtelowi przeszło ostatnio do Play.

Iwo Zaniewski pochodzi z artystycznej rodziny (sam jest malarzem) i wymyślanie różnych rzeczy było w niej czymś naturalnym. Dlatego - jak twierdzi - sam proces wymyślania nie męczy go, lecz nakręca. To niezwykły dar. Większość wymyślających, sądząc po udzielanych przez nich wywiadach, czuje się po wymyślaniu niczym wyciśnięta cytryna.

Jednak ostatnie dwa lata pokazały, że PZL, niczym filmowy Dan Wanamaker, straciła orientację w terenie. Tacy klienci, jak Plus, PZU, Tesco czy Żubr odeszli. A Frugo szuka agencji. - Twórcy PZL są wybitni w kreacji, która przestaje się liczyć. A oni do tej pory odmawiali poznania świata internetu - zaznacza jeden z ich rywali. To prawda. Żaden z założycieli PZL nie jest uzależniony od swojej komórki, żaden nie ma konta na Facebooku. (Iwo Zaniewski ma stronę jako malarz i fotografik, która nie jest zbyt aktywna). W dobie haseł w rodzaju "Piąteczek! Łapki w górę!", linków sponsorowanych i przeliczania lajków na złotówki takie podejście nie wróżyło dobrze.

Przyjaciele twierdzą, że Iwo i Kot sami siebie widzą jako ludzi starej daty, zachowujących zasady w dobie upadku zasad. W czasach, gdy większość agencji robi tak, jak chce klient, a nie najlepiej jak potrafi. W czasach gdy zamiast wielkich pomysłów konkurencja opowiada o „bezpiecznych rozwiązaniach”. W czasach, gdy większość przywiązuje do siebie klientów wianuszkiem różnych, głównie cyfrowych usług, oni wciąż wolą czysty, „wyrąbany w kosmos” pomysł. A firmy mające pełne gęby frazesów o podejmowaniu ryzyka, innowacjach i wielkich pomysłach, przestały kupować te, od PZL.

Czuję z tym duetem dziwne pokrewieństwo. Sam terminowałem u ludzi, którzy najpierw szukają bohatera, historii i pomysłu na jej opowiadanie. O lajkach i klikach myślą w najlepszym wypadku w ostatniej kolejności, a w gorszym - nie myślą wcale. To szlachetne podejście, ale sprawia, że przegrywamy z sieciowymi spryciarzami, którzy potrafią handlować naszymi historiami lepiej niż my sami. Dobrze pokazuje to raport o innowacjach w redakcji „New York Times”, który wyciekł niedawno.

- Najsmutniejsze jest to, że oni mają sporo racji, wielkie pomysły w reklamie są najważniejsze, ale w dobie mediów cyfrowych te pomysły mają inne geny - tłumaczy mój rozmówca. Też szukam genów cyfrowego sukcesu, dlatego z całej siły trzymam kciuki za Kota Przyborę i Iwo Zaniewskiego.

czwartek, 08 maja 2014

Do gazetowych rocznic nasza redakcja zawsze podchodziła z namaszczeniem.

Tonąca w dymie papierosowym Helena Łuczywo redagowała rocznicowe albumy, a Julek Rawicz planował teksty do rocznicowych dodatków. Pewnego kwietniowego poranka 2009 r. wezwał mnie do siebie i poprosił - tak łagodnie, jak tylko on umiał - o tekst o najważniejszych etapach w historii firmy. - Wiesz, to powinno być takie kalendarium o tym, co i kiedy przydarzyło się nam po raz pierwszy - mówił. Redagować tekst miał Jurek Wójcik, dziś wicenaczelny „Gazety”, który razem z Sewkiem Blumsztajnem czuwał nad wkładką na 20-lecie. Julek, który ich wspierał, był zawalony tekstami innych autorów.

Kalendarium ma tą paskudną cechę, że musi być oparte o twarde fakty i daty. Gdy zacząłem je zbierać, odkryłem, że opisywanie wydarzeń sprzed 20 lat we własnej firmie nie różni się zasadniczo od pisania o innych firmach. Pamięć szwankuje albo płata figle, bohaterowie dawnych wydarzeń (jak to ludzie), źle odbierają żarty kolegów na własny temat, a niektóre fakty da się znaleźć i potwierdzić wyłącznie w archiwach. Do tych ostatnich należała sprawa pierwszej reklamy w „Gazecie Wyborczej”.

Nikt nie pamiętał kiedy się pojawiła, ani jaka była. Spędziłem bite pięć godzin w archiwum kartkując zszywki ze starymi wydaniami i posyłając w myślach wszelkie możliwe przekleństwa pod adresem wszystkich moich szefów. W końcu to znalazłem. Pierwsze ogłoszenie w „Gazecie” pojawiło się, gdy Telewizja Polska jeszcze nie przyjmowała reklam - 28 sierpnia 1989 r. „10 lat najstarszej Księgarni Polskiej w Berlinie Zachodnim w Buchhandlung Galerie. Zapraszamy podczas pobytu w Berlinie Zachodnim”.

Dziś Julek nie żyje, Helena wpada do redakcji rzadko, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Dzisiejsza rocznica jest znacząca i nie da się łatwo wykręcić od udziału w pracach nad nią. 25 lat! Jak zwykle jest dodatek do „Gazety”, jak zwykle rozpamiętujemy nasze błędy i sukcesy. Jest co rozpamiętywać, bo we wkładce na 20-lecie pt. „20 przygód »Gazety« tekst o słynnym artykule Adama Michnika „Wasz prezydent, nasz premier” ukazał się z nadtytułem „Nasz prezydent, wasz premier”. Następnego dnia Sewek Blumsztajn tłumaczył się w felietonie „Jako doświadczona już stażystka”.

Tym razem jednak jest coś jeszcze, czego wcześniej nie robiliśmy. Trudne zadanie dostali inni i wiem, że musieli namęczyć się z nim trochę więcej niż ja w poszukiwaniach pierwszej reklamy.

Reportaż „Wiosna nasza” Pawła Smoleńskiego i Michała Wybieralskiego być może byłby tylko kolejnym wzruszającym rocznicowym tekstem, gdyby nie 15-osobowa załoga redaktorów, grafików, speców od wideo i informatyków, która zrobiła z tego materiał multimedialny. Są tam zdjęcia ze żłobka, w którym mieściła się pierwsza redakcja „Gazety Wyborczej”, wspomnienia weteranów, ich swetry i brody, wiwisekcja pierwszej czołówki, a nawet kawałek kroniki filmowej z WFDiF.

Są też inne ciekawostki. A oto moja ulubiona:

„»Gazeta« uzależnia; tak jak uzależniają alkohol, hazard, papierosy” - napisał Piotrek Bratkowski, mój dawny towarzysz broni w tekście „Dowód osobisty” w 1999 r. Wiele się od niego nauczyłem. Udało mu się z tym nałogiem zerwać i dziś pracuje w „Newsweeku”. Mnie się nie udało, jestem w „Gazecie” od 16 lat.

00:06, vadim.makarenko
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 maja 2014

Czy zarobki faktycznie decydują o tym, jak dużo czasu spędzamy przed telewizorem? W mniejszym stopniu niż mogłoby się wydawać. Ważniejsze jest to, czy mamy co oglądać.

Pracując nad materiałem o kompulsywnym oglądaniu seriali w telewizjach internetowych usłyszałem od jednego z polskich menedżerów telewizyjnych, że nie ma żadnych powodów do niepokoju. - Oglądanie przez internet jest niszą. Gdyby miało skalę, musiałby zmaleć średni dzienny czas oglądania telewizji, a tego na razie nie widać - powiedział mój rozmówca. Poszukałem więc danych o średnim dziennym czasie oglądania telewizji w USA, czyli na najbardziej rozwiniętym na świecie rynku wideo na żądanie. W końcu to tam, powstały Netflix, Hulu czy HBO Go i to właśnie tam YouTube zaczyna wszystkie swoje eksperymenty z jakościowymi treściami. Rzeczywiście, na razie nic niepokojącego dla stacji nie widać. Bez względu na wysyp serwisów VoD czas marnowany przez Amerykanów na oglądanie telewizji nie spada. Ciekawe było co innego: rasowy przekrój tych danych. Okazało się, że statystyczny Amerykanin spędza przed telewizorem 5 godzin i 11 minut dziennie i nie ma tu wielkich wahań. (To samo dotyczy Polaków, których wynik to 4 godziny i 7 minut również nie ulega zmianom od lat). Jednak amerykańska średnia byłaby niższa, gdyby nie czarnoskórzy. Oni oglądają telewizor średnio aż przez 7 godzin i 12 minut dziennie! Dla odmiany najmniej oglądają Amerykanie azjatyckiego pochodzenia. Te różnice mnie zafascynowały, więc zrobiłem krótkie zestawienie i umieściłem je na Facebooku i Twitterze.

Szybko okazało się, że również wśród czytelników te dane robią furorę. Potwierdzają bowiem kilka stereotypów. Pierwszy: mniej zamożni mają więcej wolnego czasu i spędzają go przed telewizorem, który należy do najtańszych rozrywek. Dane jasno wskazują, że statystyczny czarnoskóry mieszkaniec USA ma niższe dochody i częściej jest bezrobotny niż przedstawiciele innych grup rasowych. Drugi: Amerykanie ajzatyckiego pochodzenia radzą sobie w życiu nadzwyczaj dobrze. Są najlepiej wyedukowaną i najlepiej zarabiającą grupą rasową w Ameryce.

Ale czytelnicy chcieli więcej. „Ciekawe, jak to w Polsce wygląda?” - pisał jeden z nich w mailu. Na Twitterze znajomy powiedział żartem, że czeka na dane o „latynoskich Polakach”. Nie mamy w Polsce tak dużych mniejszości narodowych, a tym bardziej rasowych, żeby reklamodawcom albo stacjom telewizyjnym opłacało się je badać. Aluzję zrozumiałem tak: szukamy zależności pomiędzy dochodem i oglądaniem telewizji. Zrazu wydawało mi się to nieciekawe, bo od lat wiadomo, że wraz ze wzrostem krzywej dochodu spada krzywa oglądania telewizji. M.in. dlatego za dotarcie do trudno uchwytnej klasy średniej firmy płacą więcej.

Poprosiłem Nielsen Audience Measurement o średni dzienny czas oglądania w rozbiciu na województwa. A następnie nałożyłem na te dane stopę bezrobocia. Zakładałem, że w regionach o największym bezrobociu zobaczę najwyższy czas oglądania, ale czekała na mnie niespodzianka. Prawidłowości po prostu nie było. Z jednej strony widziałem województwo kujawsko-pomorskie, które jest biednym regionem i spędza przed telewizorem dużo czasu, ale z drugiej - śląskie, z jego niskim bezrobociem i bardzo dużym czasem oglądania. Na domiar złego podkarpackie ma jedną z najwyższych stóp bezrobocia w kraju i niemal rekordowo niski czas oglądania telewizji.

Zacząłem pytać specjalistów o to, co naprawdę może wpływać na długość czasu oglądania telewizji w różnych regionach kraju. Z czym te dane można albo należy wiązać? Z sytuacją ekonomiczną regionu? A może raczej z jakością odbioru technicznego na danym terenie albo jeszcze z czymś innym? - W „Diagnozie Społecznej” też nie widzę żadnych prawidłowości z wyjątkiem tego, że istotnie bezrobotni poświęcają na oglądanie telewizji niemal równie dużo czasu, co emeryci i inni bierni zawodowo - odpowiedział mi prof. Janusz Czapiński.

Edward Korbel analityk z agencji VML Poland zasugerował, że podział na województwa może nie mieć wielkiego znaczenia w przypadku oglądania telewizji. - Ważniejszy od dochodu może być styl życia. Myślę, że oprócz zarobków trzeba brać pod uwagę także wyposażenie domów w sprzęt, liczebność rodziny, wykształcenie domowników i miejsce zamieszkania, ale to ostatnie rozumiałbym jako okolicę, która zachęca albo nie do wyjścia z domu - tłumaczy Korbel.

O pomoc poprosiłem też Ewę Góralską, szefowa domu mediowego Lowe Media. Jej firma jako pierwsza w Polsce zaczęła zlecać etnograficzne badania mediów, które polegają na obserwacji odbiorców bezpośrednio w ich domach. Zwróciła ona uwagę na to, że w województwach o krótkim czasie oglądania jest sporo terenów wiejskich. - Wpływ na czas spędzony przez telewizorem może mieć oferta, czyli liczba dostępnych kanałów - powiedziała Góralska i podesłała kolejną porcję danych. Jej pracownicy sprawdzili w danych Nielsen Audience Measurement odsetek domów podłączonych do sieci kablowych i platform cyfrowych w poszczególnych województwach. Okazało się, że również bogatsze województwa oglądają więcej, o ile mają większy wybór.

- Ale i to nie tłumaczy wszystkiego. Bo co tu powiedzieć o województwie małopolskim, w którym ponad dwie trzecie domów ogląda telewizję kablową albo satelitarną, ale średni dzienny czas oglądania jest zdecydowanie poniżej średniej krajowej? - mówi Marek Racławski, szef planowania kampanii telewizyjnych w Lowe Media.

Kraków, co się tam u was dzieje?

wtorek, 08 kwietnia 2014

Roboty w redakcji? Świetnie! Niech robią wszystkie te nudy: depesze o kursach walut, cenach surowców, wynikach finansowych firm czy poziomach wody w rzekach (bo trzęsienia ziemi - to na razie niepolski temat). Dziennikarze i tak nie chcą tego robić, a o przewadze konkurencyjnej w mediach decydują inne materiały, których roboty nie potrafią wykonać.

„Komputery przygotowują materiały głównie na temat wyników finansowych firm giełdowych w USA. Robią to na podstawie komunikatów publikowanych przez spółki, wykonują jednak przy tym nawet prace analityczne. Korzystając z baz danych agencji, komputer potrafi sam ocenić, czy wyniki spółki są lepsze od oczekiwań rynku, czy też gorsze. Jest też w stanie porównać świeżo opublikowane cyferki z danymi historycznymi i opisać w depeszy trend, jakim podążają zarobki firmy. Wszystkie te czynności (...) zajmują maszynie 0,3 sekundy”.

To fragment mojego tekstu pod wdzięcznym tytułem „Śpiewające fortepiany, piszące komputery”, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej” jak myślicie, w którym roku?

W 2006.

Z piszącymi komputerami, nazywanymi dziś dla lepszego efektu robotami, już wtedy na całego eksperymentowała kanadyjska agencja Thomson Financial (teraz po przejęciu brytyjskiego konkurenta nazywa się Thomson Reuters). Jej dyrektor wydawniczy, Andrew Meagher powiedział mi wówczas, że maszyna wypluwa od 600 do 1000 artykułów dziennie w zależności od tego, co się dzieje na giełdzie. To wydajność, której nigdy nie osiągnie nawet najbardziej sprawny dziennikarz.

Komputery „umiały” gramatykę, stylistykę i nie popełniały błędów. Ich teksty - choć nieco szablonowe - nie były poddawane żadnej obróbce i szły, jak mawiają koledzy w agencjach informacyjnych, prosto „na drut”. Pamiętam, że pierwszy materiał, jaki zobaczyłem dotyczył kwartalnych wyników finansowych spółki odzieżowej American Eagle Outfitters notowanej na NYSE.

Pamiętam też, jak się wtedy czułem. „Jasna cholera! Zaczęło się. Teraz wyniki, a potem... O, Boże, to koniec. Trzeba szukać nowej pracy” - myślałem. Dzieliłem się tymi myślami z Andrew, a on mnie uspokajał. - Jeśli zadanie jest standardowe, powtarzalne, a szybkość - ważna, to warto je zautomatyzować. Jednak dziennikarza ciężko zastąpić, gdy mówimy o pisaniu materiałów analitycznych czy opinii - przekonywał, ale ja mu nie wierzyłem. „No tak, newsy! Zabierają nam newsy! Co nam zostanie?” - myślałem.


Jeśli czytasz na stronie mobilnej i nie widzisz wykresu, znajdziesz go pod tym linkiem.

Teraz, gdy przypominam sobie naszą rozmowę, mam wrażenie, że przez ostatnie osiem lat więcej zmieniło się u mnie w głowie niż w bebechach robotów, które testował Andrew. Teraz widzę, że w mediach częściej wygrywa nie ten, kto poinformuje pierwszy, a ten, kto lepiej opowie. A roboty lepiej opowiadać się nie nauczyły. Oto tekst z "LA Times" napisany przez Quakebota, którym od dwóch tygodni emocjonują się media na całym świecie.

„Lekkie trzęsienie ziemi - 4,7 stopnia w skali Richtera - odnotowała US Geological Survey w poniedziałek rano w pięciu milach od Westwood w Kalifornii. Wstrząsy wystąpiły o godz. 06:25 rano czasu Pacyfiku, na głębokości 5 mil.

Według USGS, epicentrum wstrząsu znajdowało się w sześciu milach od Beverly Hills, w siedmiu milach od Universal City i Santa Monica oraz w 348 milach od Sacramento w Kalifornii. W ciągu ostatnich dziesięciu dni w okolicy nie było żadnego trzęsienia ziemi o sile 3 stopni lub większej”

(Tekst przytaczam za serwisem Slate, tłumaczenie własne)

Hm... W porządku, ale chyba nie nadaje się na zgłoszenie do Grand Press.

Gdyby roboty miały jakiekolwiek sukcesy na tym polu, wydawcy powierzyliby im bardziej zaawansowane zadania. Jestem o tym przekonany, bo w 2008 r. jeden program do pisania tekstów o określonej tematyce kosztował 150-200 tys. dolarów, co przekładało się na roczne pensje 3-4 dziennikarzy z kilkuletnim doświadczeniem w Nowym Jorku. Dziś na pewno piszące roboty są tańsze, ale mamy 2014 r. i wciąż podniecamy się depeszą na 500 znaków.

Robot nie potrafi tego, co zrobiła Emily Nelson z „Wall Street Journal” w styczniu 2005 r. Gdy Procter & Gamble opóźnił publikację wyników finansowych (czego nigdy wcześniej nie robił), dziennikarka chwyciła za telefon i zaczęła wydzwaniać swoje źródła. I odkryła, że powodem jest zbliżające się przejęcie Gillette’a warte 54 mld dolarów. To, co powstało miało 10,4 tys. znaków i zawierało szczegółowy opis wad i zalet transakcji.

Wiem, wiem. Wszyscy oglądamy filmy science fiction, w których roboty potrafią się uczyć i w końcu całkowicie wypierają ludzi. Dlatego na trzy miesiące przed tym, jak Quakebot napisał swoje epokowe dzieło, zapytałem o przyszłość robotów w redakcjach Jamesa Cantona, który doradzał trzem administracjom Białego Domu, pracował z Alvinem Tofflerem, autorem słynnego „Szoku przyszłości”, a w Apple’u zajmował się wprowadzaniem Macintosha i sztuczną inteligencją. Okazało się, że nawet on - człowiek, który uwielbia straszyć - jest w tej sprawie ostrożny.

- Możemy pozbyć się dziennikarzy już jutro. Ich pracę mogą wykonywać roboty, ale one nie mają emocji, serca, zdolności odczuwania empatii i umiejętności interpretacji świata w swój własny, niepowtarzalny sposób. I nie sądzę, by kiedykolwiek miały takie zdolności. Jednak będą całkiem sprawne w wyszukiwaniu i przetwarzaniu informacji, dużo sprawniejsze, niż obecnie są dziennikarze. W tym sensie może będą doskonałymi researcherami czy asystentami, ale nigdy dziennikarzami (...). W dniu, gdy zostanie pan zastąpiony w redakcji przez robota, może pan być pewien, że właścicielami pańskiego medium już nie są ludzie, lecz roboty - powiedział Canton.

Robot byłby z pewnością bardziej stabilny psychicznie niż ja i moi koledzy w innych redakcjach. Nie przeklinałby i nie kłócił się z przełożonymi. Nie traciłby czasu na kawę, papierosy, narzekanie na swoją marną pensję i głupotę rzeczników prasowych. Tylko co z tego, skoro pisze szybciej niż lepiej? Ktoś jeszcze musi to jego dzieło wziąć i uzupełnić, żeby było w nim cokolwiek ciekawego oprócz faktu, że napisał je robot. Owszem media zwalniają dziennikarzy, ale zastępują ich nie roboty, lecz nowi, tańsi dziennikarze, znani również jako „media workerzy”.


Jeśli czytasz na stronie mobilnej i nie widzisz wykresu, znajdziesz go pod tym linkiem.

Ale na końcu tej całej historii jest czytelnik. Wciąż zakładam, że chce on ciekawych historii, które są przynajmniej próbami jakiegoś tłumaczenia świata. Że jest ciekaw, jaka zmiana społeczna albo trend w modzie może kryć się za wynikami American Eagle Outfitters. Albo chce wiedzieć, że nikt przypadkiem nie ucierpiał w pięciostopniowym trzęsieniu ziemi nieopodal Westwood. Albo zrozumieć, jak to się stało, że pani, która kiedyś zakatowała dziecko nadal uczy inne dzieci w szkole.

Jeśli czytelnik tego wszystkiego nie chce, trudno. Niech zaopatrzy się w Cutebota do komentowania tego, co napisał Quakebot.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5