Piszę
Tweetuję
Słucham

RSS
poniedziałek, 05 maja 2014

Czy zarobki faktycznie decydują o tym, jak dużo czasu spędzamy przed telewizorem? W mniejszym stopniu niż mogłoby się wydawać. Ważniejsze jest to, czy mamy co oglądać.

Pracując nad materiałem o kompulsywnym oglądaniu seriali w telewizjach internetowych usłyszałem od jednego z polskich menedżerów telewizyjnych, że nie ma żadnych powodów do niepokoju. - Oglądanie przez internet jest niszą. Gdyby miało skalę, musiałby zmaleć średni dzienny czas oglądania telewizji, a tego na razie nie widać - powiedział mój rozmówca. Poszukałem więc danych o średnim dziennym czasie oglądania telewizji w USA, czyli na najbardziej rozwiniętym na świecie rynku wideo na żądanie. W końcu to tam, powstały Netflix, Hulu czy HBO Go i to właśnie tam YouTube zaczyna wszystkie swoje eksperymenty z jakościowymi treściami. Rzeczywiście, na razie nic niepokojącego dla stacji nie widać. Bez względu na wysyp serwisów VoD czas marnowany przez Amerykanów na oglądanie telewizji nie spada. Ciekawe było co innego: rasowy przekrój tych danych. Okazało się, że statystyczny Amerykanin spędza przed telewizorem 5 godzin i 11 minut dziennie i nie ma tu wielkich wahań. (To samo dotyczy Polaków, których wynik to 4 godziny i 7 minut również nie ulega zmianom od lat). Jednak amerykańska średnia byłaby niższa, gdyby nie czarnoskórzy. Oni oglądają telewizor średnio aż przez 7 godzin i 12 minut dziennie! Dla odmiany najmniej oglądają Amerykanie azjatyckiego pochodzenia. Te różnice mnie zafascynowały, więc zrobiłem krótkie zestawienie i umieściłem je na Facebooku i Twitterze.

Szybko okazało się, że również wśród czytelników te dane robią furorę. Potwierdzają bowiem kilka stereotypów. Pierwszy: mniej zamożni mają więcej wolnego czasu i spędzają go przed telewizorem, który należy do najtańszych rozrywek. Dane jasno wskazują, że statystyczny czarnoskóry mieszkaniec USA ma niższe dochody i częściej jest bezrobotny niż przedstawiciele innych grup rasowych. Drugi: Amerykanie ajzatyckiego pochodzenia radzą sobie w życiu nadzwyczaj dobrze. Są najlepiej wyedukowaną i najlepiej zarabiającą grupą rasową w Ameryce.

Ale czytelnicy chcieli więcej. „Ciekawe, jak to w Polsce wygląda?” - pisał jeden z nich w mailu. Na Twitterze znajomy powiedział żartem, że czeka na dane o „latynoskich Polakach”. Nie mamy w Polsce tak dużych mniejszości narodowych, a tym bardziej rasowych, żeby reklamodawcom albo stacjom telewizyjnym opłacało się je badać. Aluzję zrozumiałem tak: szukamy zależności pomiędzy dochodem i oglądaniem telewizji. Zrazu wydawało mi się to nieciekawe, bo od lat wiadomo, że wraz ze wzrostem krzywej dochodu spada krzywa oglądania telewizji. M.in. dlatego za dotarcie do trudno uchwytnej klasy średniej firmy płacą więcej.

Poprosiłem Nielsen Audience Measurement o średni dzienny czas oglądania w rozbiciu na województwa. A następnie nałożyłem na te dane stopę bezrobocia. Zakładałem, że w regionach o największym bezrobociu zobaczę najwyższy czas oglądania, ale czekała na mnie niespodzianka. Prawidłowości po prostu nie było. Z jednej strony widziałem województwo kujawsko-pomorskie, które jest biednym regionem i spędza przed telewizorem dużo czasu, ale z drugiej - śląskie, z jego niskim bezrobociem i bardzo dużym czasem oglądania. Na domiar złego podkarpackie ma jedną z najwyższych stóp bezrobocia w kraju i niemal rekordowo niski czas oglądania telewizji.

Zacząłem pytać specjalistów o to, co naprawdę może wpływać na długość czasu oglądania telewizji w różnych regionach kraju. Z czym te dane można albo należy wiązać? Z sytuacją ekonomiczną regionu? A może raczej z jakością odbioru technicznego na danym terenie albo jeszcze z czymś innym? - W „Diagnozie Społecznej” też nie widzę żadnych prawidłowości z wyjątkiem tego, że istotnie bezrobotni poświęcają na oglądanie telewizji niemal równie dużo czasu, co emeryci i inni bierni zawodowo - odpowiedział mi prof. Janusz Czapiński.

Edward Korbel analityk z agencji VML Poland zasugerował, że podział na województwa może nie mieć wielkiego znaczenia w przypadku oglądania telewizji. - Ważniejszy od dochodu może być styl życia. Myślę, że oprócz zarobków trzeba brać pod uwagę także wyposażenie domów w sprzęt, liczebność rodziny, wykształcenie domowników i miejsce zamieszkania, ale to ostatnie rozumiałbym jako okolicę, która zachęca albo nie do wyjścia z domu - tłumaczy Korbel.

O pomoc poprosiłem też Ewę Góralską, szefowa domu mediowego Lowe Media. Jej firma jako pierwsza w Polsce zaczęła zlecać etnograficzne badania mediów, które polegają na obserwacji odbiorców bezpośrednio w ich domach. Zwróciła ona uwagę na to, że w województwach o krótkim czasie oglądania jest sporo terenów wiejskich. - Wpływ na czas spędzony przez telewizorem może mieć oferta, czyli liczba dostępnych kanałów - powiedziała Góralska i podesłała kolejną porcję danych. Jej pracownicy sprawdzili w danych Nielsen Audience Measurement odsetek domów podłączonych do sieci kablowych i platform cyfrowych w poszczególnych województwach. Okazało się, że również bogatsze województwa oglądają więcej, o ile mają większy wybór.

- Ale i to nie tłumaczy wszystkiego. Bo co tu powiedzieć o województwie małopolskim, w którym ponad dwie trzecie domów ogląda telewizję kablową albo satelitarną, ale średni dzienny czas oglądania jest zdecydowanie poniżej średniej krajowej? - mówi Marek Racławski, szef planowania kampanii telewizyjnych w Lowe Media.

Kraków, co się tam u was dzieje?

wtorek, 08 kwietnia 2014

Roboty w redakcji? Świetnie! Niech robią wszystkie te nudy: depesze o kursach walut, cenach surowców, wynikach finansowych firm czy poziomach wody w rzekach (bo trzęsienia ziemi - to na razie niepolski temat). Dziennikarze i tak nie chcą tego robić, a o przewadze konkurencyjnej w mediach decydują inne materiały, których roboty nie potrafią wykonać.

„Komputery przygotowują materiały głównie na temat wyników finansowych firm giełdowych w USA. Robią to na podstawie komunikatów publikowanych przez spółki, wykonują jednak przy tym nawet prace analityczne. Korzystając z baz danych agencji, komputer potrafi sam ocenić, czy wyniki spółki są lepsze od oczekiwań rynku, czy też gorsze. Jest też w stanie porównać świeżo opublikowane cyferki z danymi historycznymi i opisać w depeszy trend, jakim podążają zarobki firmy. Wszystkie te czynności (...) zajmują maszynie 0,3 sekundy”.

To fragment mojego tekstu pod wdzięcznym tytułem „Śpiewające fortepiany, piszące komputery”, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej” jak myślicie, w którym roku?

W 2006.

Z piszącymi komputerami, nazywanymi dziś dla lepszego efektu robotami, już wtedy na całego eksperymentowała kanadyjska agencja Thomson Financial (teraz po przejęciu brytyjskiego konkurenta nazywa się Thomson Reuters). Jej dyrektor wydawniczy, Andrew Meagher powiedział mi wówczas, że maszyna wypluwa od 600 do 1000 artykułów dziennie w zależności od tego, co się dzieje na giełdzie. To wydajność, której nigdy nie osiągnie nawet najbardziej sprawny dziennikarz.

Komputery „umiały” gramatykę, stylistykę i nie popełniały błędów. Ich teksty - choć nieco szablonowe - nie były poddawane żadnej obróbce i szły, jak mawiają koledzy w agencjach informacyjnych, prosto „na drut”. Pamiętam, że pierwszy materiał, jaki zobaczyłem dotyczył kwartalnych wyników finansowych spółki odzieżowej American Eagle Outfitters notowanej na NYSE.

Pamiętam też, jak się wtedy czułem. „Jasna cholera! Zaczęło się. Teraz wyniki, a potem... O, Boże, to koniec. Trzeba szukać nowej pracy” - myślałem. Dzieliłem się tymi myślami z Andrew, a on mnie uspokajał. - Jeśli zadanie jest standardowe, powtarzalne, a szybkość - ważna, to warto je zautomatyzować. Jednak dziennikarza ciężko zastąpić, gdy mówimy o pisaniu materiałów analitycznych czy opinii - przekonywał, ale ja mu nie wierzyłem. „No tak, newsy! Zabierają nam newsy! Co nam zostanie?” - myślałem.


Jeśli czytasz na stronie mobilnej i nie widzisz wykresu, znajdziesz go pod tym linkiem.

Teraz, gdy przypominam sobie naszą rozmowę, mam wrażenie, że przez ostatnie osiem lat więcej zmieniło się u mnie w głowie niż w bebechach robotów, które testował Andrew. Teraz widzę, że w mediach częściej wygrywa nie ten, kto poinformuje pierwszy, a ten, kto lepiej opowie. A roboty lepiej opowiadać się nie nauczyły. Oto tekst z "LA Times" napisany przez Quakebota, którym od dwóch tygodni emocjonują się media na całym świecie.

„Lekkie trzęsienie ziemi - 4,7 stopnia w skali Richtera - odnotowała US Geological Survey w poniedziałek rano w pięciu milach od Westwood w Kalifornii. Wstrząsy wystąpiły o godz. 06:25 rano czasu Pacyfiku, na głębokości 5 mil.

Według USGS, epicentrum wstrząsu znajdowało się w sześciu milach od Beverly Hills, w siedmiu milach od Universal City i Santa Monica oraz w 348 milach od Sacramento w Kalifornii. W ciągu ostatnich dziesięciu dni w okolicy nie było żadnego trzęsienia ziemi o sile 3 stopni lub większej”

(Tekst przytaczam za serwisem Slate, tłumaczenie własne)

Hm... W porządku, ale chyba nie nadaje się na zgłoszenie do Grand Press.

Gdyby roboty miały jakiekolwiek sukcesy na tym polu, wydawcy powierzyliby im bardziej zaawansowane zadania. Jestem o tym przekonany, bo w 2008 r. jeden program do pisania tekstów o określonej tematyce kosztował 150-200 tys. dolarów, co przekładało się na roczne pensje 3-4 dziennikarzy z kilkuletnim doświadczeniem w Nowym Jorku. Dziś na pewno piszące roboty są tańsze, ale mamy 2014 r. i wciąż podniecamy się depeszą na 500 znaków.

Robot nie potrafi tego, co zrobiła Emily Nelson z „Wall Street Journal” w styczniu 2005 r. Gdy Procter & Gamble opóźnił publikację wyników finansowych (czego nigdy wcześniej nie robił), dziennikarka chwyciła za telefon i zaczęła wydzwaniać swoje źródła. I odkryła, że powodem jest zbliżające się przejęcie Gillette’a warte 54 mld dolarów. To, co powstało miało 10,4 tys. znaków i zawierało szczegółowy opis wad i zalet transakcji.

Wiem, wiem. Wszyscy oglądamy filmy science fiction, w których roboty potrafią się uczyć i w końcu całkowicie wypierają ludzi. Dlatego na trzy miesiące przed tym, jak Quakebot napisał swoje epokowe dzieło, zapytałem o przyszłość robotów w redakcjach Jamesa Cantona, który doradzał trzem administracjom Białego Domu, pracował z Alvinem Tofflerem, autorem słynnego „Szoku przyszłości”, a w Apple’u zajmował się wprowadzaniem Macintosha i sztuczną inteligencją. Okazało się, że nawet on - człowiek, który uwielbia straszyć - jest w tej sprawie ostrożny.

- Możemy pozbyć się dziennikarzy już jutro. Ich pracę mogą wykonywać roboty, ale one nie mają emocji, serca, zdolności odczuwania empatii i umiejętności interpretacji świata w swój własny, niepowtarzalny sposób. I nie sądzę, by kiedykolwiek miały takie zdolności. Jednak będą całkiem sprawne w wyszukiwaniu i przetwarzaniu informacji, dużo sprawniejsze, niż obecnie są dziennikarze. W tym sensie może będą doskonałymi researcherami czy asystentami, ale nigdy dziennikarzami (...). W dniu, gdy zostanie pan zastąpiony w redakcji przez robota, może pan być pewien, że właścicielami pańskiego medium już nie są ludzie, lecz roboty - powiedział Canton.

Robot byłby z pewnością bardziej stabilny psychicznie niż ja i moi koledzy w innych redakcjach. Nie przeklinałby i nie kłócił się z przełożonymi. Nie traciłby czasu na kawę, papierosy, narzekanie na swoją marną pensję i głupotę rzeczników prasowych. Tylko co z tego, skoro pisze szybciej niż lepiej? Ktoś jeszcze musi to jego dzieło wziąć i uzupełnić, żeby było w nim cokolwiek ciekawego oprócz faktu, że napisał je robot. Owszem media zwalniają dziennikarzy, ale zastępują ich nie roboty, lecz nowi, tańsi dziennikarze, znani również jako „media workerzy”.


Jeśli czytasz na stronie mobilnej i nie widzisz wykresu, znajdziesz go pod tym linkiem.

Ale na końcu tej całej historii jest czytelnik. Wciąż zakładam, że chce on ciekawych historii, które są przynajmniej próbami jakiegoś tłumaczenia świata. Że jest ciekaw, jaka zmiana społeczna albo trend w modzie może kryć się za wynikami American Eagle Outfitters. Albo chce wiedzieć, że nikt przypadkiem nie ucierpiał w pięciostopniowym trzęsieniu ziemi nieopodal Westwood. Albo zrozumieć, jak to się stało, że pani, która kiedyś zakatowała dziecko nadal uczy inne dzieci w szkole.

Jeśli czytelnik tego wszystkiego nie chce, trudno. Niech zaopatrzy się w Cutebota do komentowania tego, co napisał Quakebot.

środa, 26 marca 2014

Jeśli śledzicie wydarzenia na Ukrainie i w Rosji, prawdopodobnie sięgacie przede wszystkim po serwisy internetowe polskich mediów, prasę, radio, wieczorne wydania wiadomości w dużych stacjach i polskie kanały informacyjne. Zagraniczne kanały informacyjne w Polsce zawsze były domeną garstki hobbystów, ale garstka ta zaczęła się zwiększać od początku tego roku, gdy Ukraińcy, nie bacząc na mrozy, walczyli ze swoją skorumpowaną władzą na Majdanie. W styczniu widownia zagranicznych stacji newsowych wzrosła rok do roku o 17 proc., w lutym - już o 31 proc. A w marcu, gdy Władimir Putin nagle zdecydował się na „obronę praw i życia” swoich rodaków na Krymie, powiększyła się prawie o połowę (49 proc.) - wynika z badań domu sprzedaży Atmedia. Innymi słowy, o tym, że na naszej platformie cyfrowej albo kablówce są takie stacje, jak Euronews, BBC i CNN nagle przypominają sobie ci, którzy o nich dawno zapomnieli.



Szukaliśmy informacji jak najszerzej, bo widzów przybyło nawet propagandowej tubie Kremla, czyli kanałowi Russia Today. Jego udział w widowni wzrósł z 3 do 5 proc. Najbardziej zyskały jednak BBC, Euronews i CNN. - Jeśli już sięgamy po informacje z zagranicy, to przede wszystkim w BBC World News albo w Euronews. Te dwie stacje to stabilna połowa oglądalności zagranicznych kanałów newsowych - komentuje Wojciech Kowlaczyk z Atmedia. 

Firma ta prowadzi własne badanie oglądalności na próbie 5 tys. gospodarstw domowych podłączonych do sieci kablowej UPC. Badanych dobrała firma badawcza Nielsen, która także przetwarza dane. Atmedia Spotlight obejmuje ponad 170 stacji dostępnych w ofercie telewizji cyfrowej UPC.

21:15, vadim.makarenko
Link Komentarze (1) »
środa, 12 lutego 2014

Soczi 2014 - to najprawdopodobniej pierwsze globalne widowisko, w którego produkcji wykorzystano drony.

Oglądając skoki narciarskie 11,4 mln widzów TVP zapewne zwróciło uwagę na latającego w tle czarnego „pająka”, który podążał równolegle za lecącymi skoczkami. To dron, przy pomocy którego producent filmuje konkurencje rozgrywające się w powietrzu. Frunął także za Sarką Pancochovą, czeską snowboardzistką, gdy ta poszła na całość i zaliczyła niebezpieczny upadek, po którym pękł jej kask. Ona sama przez kilka minut nie mogła podnieść się ze śniegu.

Produkcją telewizyjną igrzysk zajmuje się powołana przez MKOl agencja Olympic Broadcasting Services (OBS). Ma wyłączne prawa do nadawania tego, co się dzieje na obiektach sportowych oraz w wiosce olimpijskiej. W Soczi każdy ruch zawodników w konkurencjach śledzi ponad 450 kamer OBS ustawionych na statywach, wysięgnikach, a także zamontowanych na linach i szynach. Do ich widoku już zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale te latające, umocowane na dronach, wciąż są dla nas nowością.

Zdjęcie: Karen Axelrad (karenaxe)

fot. Karen Axelrad, Flickr (na licencji Creative Commons)

Nic dziwnego, bo OBS używa ich po raz pierwszy. Agencja obsługuje igrzyska olimpijskie od sześciu lat i do tej pory stacje telewizyjne z całego świata kupowały od niej program z Pekinu (2008 r.), Vancouver (2010 r.) oraz Londynu (2012 r.). Podczas tych ostatnich nad stadionami latały drony wojskowe, które pozwalały obserwować wydarzenia służbom antyterrorystycznym. Nie zabrakło takich również w Soczi.

OBS, od której stacje telewizyjne na całym świecie kupują sygnał, zdecydowała się na wykorzystanie dronów dlatego, że są tańsze i bardziej zwinne od wynajmowanych helikopterów. W razie potrzeby potrafią filmować zawodników nie tylko podczas skoków, ale i zejść na bardzo niskie wysokości, co nie zawsze jest możliwe dla helikoptera. Ich problemem jest jednak krótki czas pracy: objuczona sprzętem telewizyjnym maszyna potrafi latać nie dłużej niż 40 min., po czym musi wracać na doładowanie baterii. Poza tym użycie dronów, zwłaszcza w takim kraju, jak Rosja wymaga sporo zachodu.

Szwajcarski pilot Remo Masina, który filmował narciarzy w Alpach dla reklamówek powiedział w wywiadzie dla agencji Associated Press, że OBS musiał nie tylko przedstawić plany lotów swoich dronów w rosyjskim urzędzie lotnictwa cywilnego, ale również uzyskać pozwolenia na ich użycie od FSB.

Gdyby igrzyska odbywały się w USA, użycie latających maszyn bezzałogowych przez media nie byłoby możliwe. Do tej pory amerykańska administracja nie wypracowała bowiem regulacji ich komercyjnego użytkowania. Chris Anderson, założyciel firmy 3D Robotics produkującej drony, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedział, że dojdzie do tego nie wcześniej niż w przyszłym roku. Brak regulacji są jedną z największych barier dla rynku dronów, który w zeszłym roku był wart 8 mld dolarów



Największym do tej pory eksperymentem w transmisji wydarzeń sportowych przy pomocy drona było relacjonowanie narodowych lig krykieta oraz rugby w 2012 r. w Australii. Należący do kanału Fox Sports dron latał na wysokości 30 metrów i dawał widzom bliskie, niemal osobiste ujęcia tego, co dzieje się na boisku.

„W najbliższej przyszłości wielu krajów drony w niebie staną się normalnym zjawiskiem, bo niosą dla dziennikarstwa rozmaite korzyści i możliwości” - czytamy w opracowaniu pt. „Bezzałogowe zdalnie sterowane statki powietrzne i dziennikarstwo”. Jego autorzy - David Goldberg, Mark Corcoran oraz prof. Robert G. Picard z Instytutu Reutera na Uniwersytecie Oksfordzkim - uważają, że w wyniku rozpowszechnienia takich latających maszyn może rozwinąć się nowa kategoria pracowników mediów, tzw. „dziennikarzy-dronowców”. Na miejscu zdarzenia będą wyciągać z plecaka swoje urządzenie i przyłączać się do roju innych maszyn sterowanych przez służby ratownicze i policję.

W USA stowarzyszenie dziennikarzy-dronowców działa od 2011 r. i opracowało nawet własny kodeks etyczny.

środa, 05 lutego 2014

Trudno wyobrazić sobie coś bardziej konserwatywnego niż „Daily Mail”.

Nie tylko dlatego, że jej szef - 65-letni Paul Dacre - jest przeciwieństwem liberała. Tęskni za starą silną Brytanią, zwalcza lejburzytsów i małżeństwa jednopłciowe. Peter Oborne, były komentator tego dziennika twierdzi, że Dacre „formułuje marzenia, obawy i nadzieje niepewnych społecznie przedstawicieli podmiejskiej klasy średniej”.

„Daily Mail” jest bardzo konserwatywny biznesem, typowym przedstawicielem kultury Fleet Street. Fleet Street - to ulica w Londynie niegdyś słynna z tego, że mieściły się tam redakcje brytyjskich gazet. Dziś gazety zubożały i rozjechały się do tańszych dzielnic, a sformułowanie „kultura Fleet Street” brzmi w ustach brytyjskich dziennikarzy pogardliwie i w zasadzie kojarzy się wyłącznie z tabloidami. Przed oczyma od razu staje Harry Hardnose, postać z komiksu „Jeżeli” publikowanego w lewicowym „Guardianie”. Hardnose jest wiecznie pijanym pismakiem o prawicowych sympatiach. Jak to pismak, żyje z zaczerniania gazetowych stron.

Jednak to właśnie „Daily Mail”, ten tabloid środka (coś pomiędzy brukowym „Sun” rozpisującym się o szczurach-kanibalach na statkach-widmach i szacownym „Daily Telegraph”, który pięć lat temu ujawnił koszty biur brytyjskich parlametarzystów) jako jedna z pierwszych gazet na Wyspach Brytyjskich przechodzi udaną cyfrową przemianę. W ostatnim kwartale zeszłego roku wydawnictwo Daily Mail & General Trust (DMGT) zanotowało przychody w wysokości 472 mln funtów. W tym 14 mln mln funtów pochodziło z reklamy na stronie internetowej Mail Online. Niewiele, ale z drugiej strony o połowę więcej niż w ostatnim kwartale 2012 r. „Harry Hardnose jest już cyfrowy. Naciągnął dres i w przerwach na obiad ćwiczy jogę zamiast upijać się w winiarni El Vino’s” - szydzi Jonathan Guthrie, felietonista „Financial Times”.

Cóż, można się śmiać, ale to, co zarobiła na internetowej reklamie Mail Online z nawiązką pokryło spadek wpływów reklamowych w papierowych wydaniach „Daily Mail” oraz „Mail on Sunday”, który wyniósł 1 mln funtów.

Ci, którzy nie znają tytułów DMGT mogą pomyśleć, że Mail Online jest internetową wersją papierowego dziennika. Nie jest. Doniesienia o zawieszonym w prawach ucznia sześciolatku za to, że wyciągnął z pudełka śniadaniowego w szkole paczkę serowych ciasteczek przeplatają się tam ze zdjęciami gwiazd seriali i wokalistek girls-bandów, które tracą wagę albo zakładają niestosowne stroje na imprezy i koncerty. Zdjęcia celebrytów mieszczą się w pasku po lewej stronie pt. „Nie przegap”, który jest najpopularniejszą częścią serwisu. Nie brakuje też galerii ze zdjęciami pijanych obywateli leżących na ulicach w Sylwestra albo filmików z kamer przemysłowych, na których można obejrzeć bójki pod pubami.

Aplikacja Mail Online na iPadzie

W czasach, gdy wydawcy zamykają swoje witryny i zaczynają pobierać opłaty od czytelników za treści, Mail Online stawia na reklamy. Serwisowi udaje się na nich zarabiać, bo potrafi przyciągnąć imponujące audytoria. W 2012 r. stał się najpopularniejszą witryną gazetową na świecie wyprzedzając amerykański „New York Times” i od tamtego czasu bije kolejne rekordy: w listopadzie zeszłego roku przyciągnął 168 mln unikalnych użytkowników i połowa z nich pochodzi z... USA.

168 mln użytkowników i 14 mln funtów. Sukces internetowego ramienia DMGT pokazuje kilka rzeczy:

1) Reklama internetowa jest wyjątkowo trudnym biznesem.

2) Gazetom trudno zarobić na reklamie online na krajowym rynku.

3) Reklamodawcy nie cenią obleśnych tabloidowych treści.

czwartek, 30 stycznia 2014

Nie wiem, czy mam dalej karmić bestię.

- Już nie mogę wytrzymać. Szef zwariował i na każdym zebraniu rozprawia o mediach społecznościowych. Każdy program ma mieć profil na Facebooku ze zdjęciami i zwiastunami - pożalił mi się niedawno menedżer jednej ze stacji telewizyjnych w Polsce. Nie on jeden ma ten problem. Media społecznościowe stały się marketingowym Świętym Graalem, którego menedżerowie w pozostałych mediach na dobrą sprawę nie rozumieją. Teraz będzie jeszcze trudniej,  bo Facebook uruchomił własną gazetę, czyli stał się pełnowymiarowym konkurentem dla mediów.

Niewątpliwie Facebook jest "kanałem promocji" i pozwala mediom dotrzeć do odbiorców. Czasem do takich, do których trudno jest dotrzeć inaczej. Moja koleżanka, Anne Achté z fińskiego radia publicznego YLE, opublikowała w Reuters Institute for the Study of Journalism na Uniwersytecie Oksfordzkim całą pracę o tym, jak różne rozgłośnie radiowe wykorzystują Facebook i Twitter. Redakcje na całym świecie na potęgę tworzą stylebooki, wytyczne i polityki dla działalności swoich dziennikarzy w mediach społecznościowych. W uproszczeniu, w tych opracowaniach chodzi o to, żeby przyciągać ludzi do produkowanych przez nas treści, unikając przy tym głupot albo kompromitacji. W redakcjach powstają całe zespoły, które pracują nad tym, żeby marka ich portalu, gazety, programu, dziennikarza, stacji telewizyjnej albo radiowej miała jak najwięcej fanów na Facebooku.

Problem polega na tym, że teraz Facebook staje się "kanałem konsumpcji" i pozwala odbiorcom na miejscu spożyć to, co produkują media. Z hamburgerem taki numer by nie przeszedł. Dziś największy serwis społecznościowy na świecie zaprezentował swoją nowa aplikację mobilną, która nazywa się "Paper" ("Gazeta"). "Jest płynna, lekka i wykonuje wiele funkcji obecnej aplikacji mobilnej Facebooka. Jednak Paper ma kilka nowych ważnych funkcji, jak np. interaktywny podgląd zdjęć (...), który pozwala użytkownikowi przełączać się między poszczególnymi zdjęciami poruszając telefonem z boku na bok. Informacje Paper pokazuje w działach podobnych do gazetowych rubryk: Headlines, Pop Life, Score, Enterprise oraz Home. Kliknięcie w dział prowadzi do podglądu artykułów. Można przeciągnąć palec przez nagłówek i pojawi się animacja przewracanej kartki" - informuje "Wall Street Journal".

 fot. materiały prasowe Facebooka

fot. materiały prasowe Facebooka

Podczas prezentacji reporterzy dziennika widzieli materiały z "New York Times", "Washington Post" oraz "Time". Za ich dobór odpowiada algorytm oraz tzw. curators, czyli po polsku "osoby opiekujące się informacjami" albo "ulepszacze". Potrafią na podstawie opublikowanej gdzie indziej informacji napisać własną, z krzykliwym, prowokacyjnym albo zagadkowym tytułem i nagłówkiem.

Jasne jest, że Facebook zamierza na Paper zarabiać. Na razie nie jest jasne, jak będzie rozliczał się z mediami. Zapewne na podobnych zasadach, co Google News, czyli najpierw wcale, a potem tylko tam, gdzie zostanie do tego zmuszony.

Mój redakcyjny kolega, Wojtek Orliński, już zadeklarował, że z Facebooka będzie odsyłał wyłączenie do tekstów znajdujących się w płatnej części serwisu "Gazety Wyborczej". To też pomysł. Ale nie wszystko, co dziennikarze (łącznie z niżej podpisanym) publikują na Facebooku prowadzi do mediów. Często są to błyskotliwe i mniej błyskotliwe komentarze na temat "Pop Life, Score i Enterprise" albo rekomendacje książek i filmów. Czy ilustrowana zdjęciami krótka refleksja Adama Wajraka o żubrach też wyląduje w Paper? Jeśli tak, to jak, ile i kiedy Facebook zamierza za nią zapłacić? I czy na taką okoliczność wydawcy nie zrewidują swoich kodeksów, polityk i stylebooków poświęconych społecznościowym mediom? Może za chwilę wszyscy zaczniemy pisać o pierogach na obiad i wrzucać ich zdjęcia? A co z amatorami, którzy publikują jakościowe teksty, zdjęcia i filmy?

Pytań będzie jeszcze więcej, gdy Twitter uruchomi własną redakcję, która poskłada to, co my tam relacjonujemy. Trochę tego jest.

środa, 22 stycznia 2014

„Jestem kimś w rodzaju współczesnego mnicha. Mamy z żoną kolekcję domków na odludziu i trzymamy się z dala od wszystkiego. Nie chodzimy na przyjęcia. Nie chodzimy na koktajle. Nie chodzimy do kin. Nie oglądamy telewizji. Nie zużywam mojej energii na innych ludzi. Jedynie pracuję i czytam. Mieszkam ze samym sobą i białą kartką. Jasne, przez dłuższą część roku muszę podróżować, rozmawiać z dziennikarzami, inżynierami i robić inne tego typu rzeczy i to jest najgorsze. Jednak od 15 czerwca do 15 września żyję jak pustelnik, zamknięty w jednym z moich domków i pracując od godz. 8:00 rano do godz. 8 wieczorem albo tworząc mój własny biorytm: trzy godziny pracy, 45 minut snu, trzy godziny pracy i tak przez dobę, bez jedzenia. To trochę chore, ale jestem niczym Faust. Podpisałem pakt z diabłem i sprzedałem moje życie w zamian za kreatywność”.

źródło: Wikipedia

Venus, jacht zaprojektowany przez Philippe'a Starcka dla Steve'a Jobsa (fot. z Wikipedii)

Kreatywność? Brzmi jak kierat. 19 godzin pracy, pięć godzin snu, zero jedzenia. Wielu współczesnych szczurów biurowych narzekających na nieludzki wyzysk w korporacjach miałoby problem z utrzymaniem takiego tempa. To prawda, pracujemy w gwarnych otwartych przestrzeniach, pod akompaniament dzwoniących telefonów i pikających komputerów, odbierających nieskończony potok maili i wypluwających kolejne elektroniczne przypomnienia o spotkaniach i terminach. Ale czy odcinając się od świata potrafimy być naprawdę wydajni? Rzadko. A Philippe Starck, znany na cały świat projektant, potrafi. „Wracam do domu i pracuję w samotności mojej sypialni, nagi, robiąc projekt na nowo” - opowiada w wywiadzie dla magazynu „Harvard Business Review”.

Ani słowa o natchnieniu, inspiracji, szukaniu weny. Jakbym słyszał amerykańskiego malarza Chucka Close’a: „Natchnienie jest dla amatorów, reszta po prostu przychodzi do pracy i bierze się do roboty”.

Dzień pracy Starcka, który projektuje wszystko - poczynając od hoteli i klubów na meblach i termostatach kończąc - wygląda na nieludzki. Widać w tym jednak wyraźną próbę wytworzenia rutyny. „Trzymaj się rutyny, twoje ciało się do niej dopasuje” - radzi Etienne Garbugli, spec od marketingu i autor popularnej prezentacji pt. „26 sztuczek w zarządzaniu czasem, które żałuję, że nie znałem, gdy miałem 20 lat”. Pod koniec marca zeszłego roku umieścił ją w serwisie SlideShare, najnowszym konkurencie firm doradczych. Od tamtego czasu została obejrzana ponad 1,2 mln razy. Cóż, wszyscy chcemy być wydajni i traktować swój czas tak, jakby był wart 1000 dolarów za godzinę. A rutyna pomaga skoncentrować się i ćwiczyć mięśnie - nie tylko bicepsy, ale też te, w mózgu. Michael Phelps ćwiczy sześć dni w tygodniu po sześć godzin dziennie i trzyma się tego nawet w święta i rodzinne rocznice. Dzień zawodów też zawsze układa tak samo.

Zatem rutyna sprzyja koncentracji i wydajności, ale czy kreatywności? Oto jest pytanie, ale opis dnia Philippe’a Starcka nie daje na nie jasnej odpowiedzi. Z kolei Michael Michalko, autor książki „Thinkertoys” twierdzi, że nie, a ludzi którzy dążą do uporządkowania siebie i otoczenia przy pomocy rutyny określa mianem „książąt przyzwyczajeń”. Brzmi lepiej niż „niewolnik przyzwyczajeń”, ale sedno się nie zmienia. „Ponieważ wszystko w ich życiu jest złożone w kostkę, oznaczone i poukładane w schludnych małych pudełkach książęta przyzwyczajeń słabo rozwiązują problemy” - twierdzi Michalko, emerytowany wojskowy. Stworzył kiedyś zespół speców od wywiadu i naukowców z różnych krajów, który zajął się gromadzeniem technik twórczego myślenia. Jego radom przysłuchuje się nie tylko CIA, ale i takie firmy, jak Kellogg's, GE, Microsoft czy Wal-Mart. W swojej książce radzi czytelnikom łamać rutynę krok po kroku, zmieniając godziny snu, pracy, ulubione gazety i restauracje, okresy urlopowe, a nawet uprawiane sporty. Wszystko po to, żeby być kreatywnym. Bez zawierania paktu z diabłem.

Wygląda na to, że nie można mieć wszystkiego: jesteśmy kreatywni albo wydajni. Co wybrać? Poszedłem z tym pytaniem do mojego szefa, który podrapał się w głowę i szybko odpowiedział: - Myślę, że to fałszywy wybór. Można mieć jedno i drugie.

Tak myślałem. - Psychoanalityk poradziłby pewnie zdecydować, co jest ważniejsze w danej sytuacji, żeby nie narażać się na nadmierny stres - odparłem.

- Bo psychoanalitykowi to ty płaciłbyś za godzinę. A w tym pokoju płacę ja - wyjaśnił tą pozorną sprzeczność szef.

wtorek, 31 grudnia 2013

Paweł Stremski, szef portalu Gazeta.pl nie tak dawno temu uzmysłowił mi, że tytuł „10 sposobów na karaluchy” jest gorszy niż „13 sposobów na karaluchy”. Liczba nieparzysta brzmi bardziej autentycznie i wywołuje wrażenie, że to „faktycznie te najważniejsze 13 sposobów na rozwiązanie problemu”.

Koktajl trendów, transakcji, firm i produktów, które porwały moją wyobraźnię w odchodzącym roku ma osiem pozycji. To parzysta liczba, ale lepsza ósemka niż dziesiątka. Dużo lepsza byłaby dziewiątka, ale może ją sobie dopiszcie?

1. „House of Cards” w Netflix oraz „Alpha House” w Amazonie. Dowód na to, że internetowe firmy urosły na tyle, że zaczynają bawić zabawkami zarezerwowanymi dla dorosłych i podejmować na własną rękę ryzyko związane z procesem twórczym. Po roku widać, że samej dystrybucji w sieci nie wystarczy, żeby zarobić na wysokobudżetowym serialu, dlatego „House of Cards” możemy oglądać w Ale Kino. Ale to są początki i prawdziwe starcia tytanów płatnej telewizji z internetowym wideo są jeszcze przed nami. Dlaczego to takie ważne? Ano choćby dlatego, że żaden z tych tytułów nie był dostępny w Polsce w dniu swojej premiery, ale i tak nie dało się ich przeoczyć.

2. Kadr, Tor i Disney na YouTube. Największy serwis wideo na świecie zaczyna przekonywać do siebie producentów profesjonalnych treści. Na razie są to starocie i kilkuminutowe animacje i seriale, ale pierwsze lody zostały przełamane. A stacje telewizyjne i operatorzy telewizji płatnej zdenerwowani. A to dopiero początek zdenerwowania dla operatorów telekomunikacyjnych, sieci kablowych i platform cyfrowych. Do tej pory takie firmy, jak Netflix, YouTube, Amazon czy Hulu po prostu obciążały ich infrastrukturę coraz większym nieopłacalnym ruchem. A teraz na tejże infrastrukturze zaczynają dostarczać widzom własną ofertę serialową i filmową. Będzie wojna. Lobbyingowa.

3. TV Trwam na multipleksie. No, dobra, żartuję, nie chodzi tylko o stację o. Rydzyka, choć w ostatnich latach można było odnieść wrażenie, że jej miejsce w cyfrowym eterze należy do strategicznych priorytetów rozwoju kraju na najbliższe lata. Tak naprawdę chodzi o to, że w 2013 r. zakończyła się w Polsce epoka telewizji analogowej, co postawiło dotychczasową wielką trójkę w trudnej sytuacji. Teraz zamiast czterech wielkich kanałów ogólnokrajowych mamy ich kilkadziesiąt. W tegoroczne wakacje łączny udział TVP 1, TVP 2, TVN i Polsatu spadł do 39,5 proc. i był najniższy w historii. Są dwie główne strategie obronne: zagarnąć jak najwięcej miejsca w cyfrowym eterze (tu liderem jest grupa Cyfrowego Polsatu) albo przejąć obsługę reklamową jak największej liczby kanałów tematycznych (tu przoduje grupa TVN).

4. Spotify w Polsce. To kolejny - obok Deezera, WiMP-a oraz Rdio - serwis muzyczny dostępny w Polsce od lutego. Polacy nie lubią płacić za treści, ale kiedyś będą musieli zacząć i serwisy abonamentowe oswajają ich z tą myślą. Zamiast zapłacić 19,99 zł za płytę z muzyką kupujemy za te same pieniądze dostęp do milionów płyt. Oszczędzamy w ten sposób kosztem artystów, ale w czasach gdy wszystko usprawiedliwia i tłumaczy PKB, muzyka nie jest wyjątkiem. Nasz PKB w przeliczeniu na mieszkańca ma daleko do szwedzkiego, brytyjskiego, francuskiego czy niemieckiego. W ogóle ten rok przybliżył Polakom „kulturę na żądanie”. Poznańska firma Legimi sprzedaje nam dostęp do kilku tysięcy e-booków tak samo, jak serwisy muzyczne sprzedają nam dostęp do milionów piosenek. Po trudnym starcie Legimi już od roku utrzymuje się na powierzchni.

5. Big data w mediach. Terror oglądalności polega na tym, że ambitne produkcje muszą ustąpić miejsca oglądanym. Znamy to z telewizji i internetu, ale Netflix i Amazon idą dalej. Pierwszy zlecił produkcję „House of Cards” na podstawie statystyk filmów z Kevinem Spaceym w roli głównej i filmów wyreżyserowanych przez Davida Finchera (któremu powierzono reżyserię części odcinków). Z kolei Amazon pozwolił widzom głosować na pilota serialu, który ma być kontynuowany. E-detalista wie nie tylko ilu widzów przyznało odcinkowi pięć gwiazdek, ale potrafi połączyć te dane z ich profilem demograficznym, historią zakupów oraz ocenami innych programów telewizyjnych i filmów dostępnych na Amazonie. Z kolei dzięki Spotify koncerny fonograficzne wiedzą o muzyce więcej niż kiedykolwiek. Do udostępnienia własnych danych wydawcom szykuje się też Legimi. Kto wie, być może w przyszłości pisarze będą dokładnie wiedzieć, jak długie mogą być opisy przyrody?

6. Polkomtel w Cyfrowym Polsacie. Na tą wielomiliardową transakcję można spojrzeć jak na porządki w grupie kapitałowej Zygmunta Solorza-Żaka. Ale można też szukać w niej wizji przyszłości, w której - jak twierdzi prezes CP - „każdy będzie używał mobilnego internetu”. W końcu po przejęciu telekomu przez platformę cyfrową powstanie jedna z nielicznych firm na świecie łączących telefonię komórkową i płatną telewizję. - Nie mam też wątpliwości, że internet, który dziś jest równoległym sposobem oglądania telewizji, za jakiś czas zacznie zastępować przekaz satelitarny, musi tylko stać się szybszy, tańszy i bardziej niezawodny - mówi Dominik Libicki, szef CP. Chwileczkę, to chyba nazywa się konwergencja, o której napisano już tony analiz. Po raz pierwszy jednak ktoś w Polsce zdecydował się postawić na nią naprawdę duże pieniądze.

7. „Washington Post” w Amazonie. Nie zdarzyło się w Polsce, ale co tam. Dla mnie to jedna z najważniejszych transakcji roku, nie mniej istotna od opisanej powyżej. Zakup szacownego amerykańskiego dziennika przez twórcę największego e-sklepu na świecie wywołał skrajnie różne reakcje - żarty, krytykę i pochwały. „Jeff Bezos przez przypadek wcisnął guzik »kupuj«”, „lis dostał się do kurnika”, „inwestor z pieniędzmi i doświadczeniem”. Czy talent, pomysłowość i świeże oko nowego właściciela potrafią uratować gazetę, która wysadziła z siodła prezydenta Stanów Zjednoczonych? Gazetę, z którą stary właściciel już nie wiedział, co zrobić? W Polsce mamy dwa przypadki zakupu gazet przez inwestora spoza branży. Należąca do Grzegorza Hajdarowicza „Rzeczpospolita” i należący do niego jeszcze niedawno „Przekrój”. W obu przypadkach cudów nie ma.

8. Estimote i Dice+ w USA. To wciąż początkujące biznesy. Pierwszy produkuje czujniki pozwalające na bieżąco śledzić ruch w prawdziwych, a nie internetowych sklepach. Czujniki Estimote są dużo bardziej dokładne niż GPS, a więc lepiej „mówią” przy której części półki sklepowej stoimy. Ta firma założona przez Jakuba Krzycha i Łukasza Kostkę (obaj dawniej tworzyli sieć reklamy na blogach AdTaily, należącą obecnie do Agory) mieści się w Los Angeles i jest polska tylko z pochodzenia. Druga, czyli Game Technologies mieszcząca się w Poznaniu i Piotrkowie Trybunalskim, wyprodukowała pierwszą na świecie elektroniczną kostkę do gier. Niedawno porozumiała się w sprawie jej dystrybucji z Samsungiem oraz Applem. Ten ostatni sprzedaje ją w swoich amerykańskich sklepach internetowych. Jak hartowała się e-kostka? O tym już wkrótce, w Magazynie Świątecznym „Gazety Wyborczej”.

czwartek, 19 grudnia 2013

Wracając z Broad Peak do redakcji Jacek Hugo-Bader miał w plecaku nie tylko notatki, ale też zdjęcia i filmy wideo. Zbierał tam materiały dla książki i filmu dokumentalnego. - To była idealna sytuacja, żeby poeksperymentować - mówi Katarzyna Jaklewicz, dyrektor ds. rozwoju cyfrowego „Gazety Wyborczej”.

O tym, jak wyglądały poszukiwania ciał tragicznie zmarłych uczestników zimowej wyprawy na Broad Peak - Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego - zorganizowane przez Jacka Berbekę, brata zaginionego himalaisty można dowiedzieć się nie tylko z reportażu Jacka opublikowanego dziś w „Dużym Formacie”. „Boskie Światło” - to też pierwszy w Polsce reportaż mutlimedialny.

Między sobą nazywamy go „snołfol”, wzorując się na historii przygotowanej przez ekipę „New York Times” i opublikowanej pod koniec zeszłego roku. „Lawina” [„Snow fall”] stała się wyznacznikiem nowego rodzaju opowieści, w której zdjęcia, filmy, animacje i interaktywne infografiki są integralną częścią dziennikarskiego tekstu i wzbogacają odbiór czytelnika. Tym tropem poszły pozostałe dzienniki na świecie.

Gdy tydzień temu pisałem o tym, że „Wall Street Journal” opublikował multimedialny materiał o wstrząsającej historii amerykańskich weteranów, poddanych lobotomii w latach 40. i 50. nie wiedziałem jeszcze, że kilka metrów dalej, w mojej własnej redakcji trwają prace nad podobnym eksperymentem.

Przygotowanie takiego materiału dziennikarsko i od strony technicznej, żeby wyglądał tak samo na wszystkich urządzeniach i w różnych przeglądarkach zajmuje zwykle ok. pół roku. Tyle zajęło to ekipie NYT pracującej nad "Lawiną". Jesse Pesta, szef reportażu w WSJ powiedział mi, że również jego zespół pracował nad "Aktami o lobotomii" przez blisko pół roku.

Ósemka moich kolegów wspierana przez Michała Prysłopskiego z Gazeta.pl ślęczała nad „Boskim Światłem” przez trzy tygodnie, czyli od momentu powrotu Jacka z Broad Peak do publikacji tekstu w "Dużym Formacie". Większość członków tej ekipy siedziała nad materiałem po godzinach. To, co udało im się zrobić nie jest kopią „Lawiny”. To pierwsza próba, która dużo lepiej wygląda na komputerach stacjonarnych i smartfonach niż na tabletach. Redakcja zamieściła nawet ostrzeżenie: "Reportaż zawiera materiały wideo, które najlepiej prezentują się w aktualnych wersjach przeglądarek, a do ich płynnego odtwarzania potrzebne jest łącze szerokopasmowe."

W tym sensie nasza pierwsza próba jest podobna raczej do tego, co zrobili koledzy ze słowackiego dziennika „SME” niż z „Guardiana”. 

„Boskie Światło” może przeczytać każdy, a nie tylko ci, którzy płacą za cyfrową albo analogową prenumeratę „Gazety”. - Nie wiemy jak zareagują na to czytelnicy. Liczymy, że docenią. Zakładamy po prostu, że trzeba podsuwać im stare jak świat gatunki w supernowoczesnej oprawie. To redakcyjny eksperyment, a nie projekt komercyjny - tłumaczy Jaklewicz.

Cieszę, że moja redakcja ruszyła na poszukiwania nowej, cyfrowej formy dla starego dobrego reportażu. Już namawiam Kasię i jej zespół do zrobienia „snołfola” z którejś z moich historii :)

czwartek, 12 grudnia 2013

Blisko dwa tysiące amerykańskich żołnierzy poddano lobotomii w czasie II Wojny Światowej oraz dekadę po niej. Wbrew wszystkiemu, jeden z nich, emerytowany pilot bombowca, wciąż pamięta. Wstrząsający reportaż o pozbawionych pamięci weteranach ukazał się w środę w „The Wall Street Journal”.

WSJ

Ponad 100 tys. znaków - to w naszych czasach objętość zarezerwowana w najlepszym wypadku dla autorów magazynów w rodzaju „New Yorker” czy „Vanity Fair” i już kompletnie nie kojarząca się z dziennikami. Oprócz tego gazeta opublikowała także ośmiominutowy film dokumentalny „W umyśle Romana Tritza” oraz historię przypadku Leonarda Kingcade’a, innego żołnierza, który trafił do japońskiej niewoli i w 1945 r. został uwolniony z więzienia Bilibid w Manili. Jemu również usunięto płaty czołowe.

WSJ

To dopiero początek, bo po historii poddanego okrutnemu zabiegowi 90-letniego dziś Romana Tritza wkrótce mają ukazać się dwie kolejne odsłony, pt. „Dziedzictwo pewnego lekarza” oraz „Rodzinne blizny”.

Śledztwo „The Wall Street Journal” wyróżnia się nie tylko skalą. To interesujące studium cyfrowego dziennikarstwa: projekt, nad którym - poza autorem tekstów, Michaelem M. Phillipsem - ślęczało jeszcze 21 osób. Opowieść jest ilustrowana profesjonalnymi materiałami wideo i zdjęciami, interaktywnymi infografikami, pożółkłymi zdjęciami z archiwów żołnierzy, reprodukcjami gazet z lat 40. oraz archiwalnych dokumentów. Można zapoznać się z instrukcjami lekarzy co do tego, jak należy postępować z żołnierzami po operacji. Co można, a czego nie można mówić im oraz w ich najbliższym otoczeniu.

 

WSJ

Całość doskonale wygląda na ekranie stacjonarnego komputera, tableta czy smartfona.

Szefem projektu jest Jesse Pesta, nominowany do nagrody Pulitzera redaktor kierujący rubryką reportażową „The Wall Street Journal”, znaną w wewnątrzredakcyjnym żargonie jako „Page one leders”. To Pesta redaguje tzw. „A-hedy” czyli michałkowate teksty, które ten poważny biznesowy dziennik codziennie publikuje na pierwszej stronie. Tematy w rodzaju „Dlaczego kolendra budzi tak skrajne uczucia wśród Amerykanów” sprawiają, że po tytuł sięgają nie tylko ci, którzy interesują kondycją nowojorskiej giełdy. Pod opieką Pesty powstawały materiały o historii zamachowców, który zdetonowali bombę podczas maratonu w Boston czy położnych mordujących dzieci.

Trudno uciec od porównania „Akt o lobotomii” do innego materiału, pt. „Lawina”. Powstał rok wcześniej w redakcji „New York Times” i zdobył nagrodę Pulitzera w kategorii reportaż. To był prawdziwy tour de force dziennika, nazywanego wśród amerykańskich dziennikarzy „Siwą damą”. Interaktywne infografiki utrzymane w jasnych tonacjach i bezdźwięczne animacje doskonale budowały dramaturgię i wpisywały się w górską scenerię, w której rozegrał się dramat. Zdaniem Jeremy’ego Rue, wykładowcy z UC Berkeley Graduate School of Journalism całość była od początku pomyślana jako materiał internetowy. „Oprawa graficzna »Lawiny« jest prosta i przejrzysta (...) utrzymana w jednowymiarowej płaskiej estetyce. Czarne litery na białym (śnieżnobiałym?) tle. Jednak historia jest tak wciągająca, że podczas czytania nie mogłam zwracać uwagę na grafikę” - przyznaje w swojej pracy pt. „Opowiadanie historii na tabletach” Saila Kiuttu, dziennikarka fińskiej agencji prasowej STT-Lehtikuva i stypendystka Reuters Institute for the Study of Journalism na Uniwersytecie Oksfordzkim.

NYT

„Lawina” wzbudziła podziw w redakcjach na całym świecie i - co ważniejsze dla wydawcy - w ciągu pierwszych sześciu dni po publikacji zanotowała w sieci 3,5 mln odsłon i 2,9 mln użytkowników. Prawie jedna trzecia z nich weszła na strony „New York Times” po raz pierwszy. Kiuttu zaznacza jednak, że 16-osobowy zespół pracował nad tym materiałem przez ponad pół roku, dlatego medioznawcy często krytykują „Lawinę” jako niezbyt miarodajny przykład cyfrowego dziennikarstwa, bo wielu redakcji zresztą zwyczajnie nie stać finansowo na taki wysiłek. Zapewne usłyszymy podobne zarzuty pod adresem „Akt o lobotomii”.

NYT

A co robią ci, którzy mają skromniejsze zasoby niż wielkie amerykańskie gazety? Gibran Peshimam, szef działu politycznego pakistańskiego dziennika „The Express Tribune” i również stypendysta Instytutu Reutera na Uniwersytecie Oksfordzkim po powrocie do rodzimej gazety został szefem nowego zespołu zajmującego się interaktywnym opowiadaniem historii. Pierwsza praca The Express Tribune Lab ukazała się pt. „Czterej królowie i dzika karta” i była zbiorem sylwetek kandydatów na szefa sztabu pakistańskiej armii oraz wywiadu. To raczej interaktywna infografika niż cyfrowy reportaż, ale... - To wyprawa po nową formę dla cyfrowego newsa. I to jest moje dziecko - deklaruje Gibran z szerokim uśmiechem obnażającym śnieżnobiałe zęby.

ET

1 , 2 , 3 , 4 , 5