Piszę
Tweetuję
Słucham

RSS
wtorek, 26 listopada 2013

Idziesz na imprezę do przyjaciół. Szampański nastrój, dobry koniak w torbie, w głowie najnowsze dowcipy albo najciekawsze książki, które przeczytałeś ostatnio. Albo najlepsze prace naukowe, które zrecenzowałeś w minionym miesiącu. Albo coś innego, sam sobie dopowiedz. Wysiadasz z taksówki i podchodzisz do furtki i wciskasz guzik dzwonka... Stop.

Jeszcze raz. Widzisz to? Jak to robisz? Jak wciskasz ten guzik? Podnosisz rękę, wyciągasz palec i... Ale który palec? Co za durne pytanie, wskazujący! Może. A może niekoniecznie? Wszystko zależy od wieku. Następnym razem popatrz, jak robi to twoje dziecko. Jest duża szansa, że zamiast palca wskazującego albo środkowego (nieco to pretensjonalne, ale niektórzy tak robią) wyciągnie kciuk.

O ile ma smartfon albo konsolę, bo kciuków używa najczęściej do czatowania i grania. Potem odruchowo wyciąga je, gdy ma do wykonania inne zadania manualne. Dowiedziałem się tego od pracownika z LG Electronics Polska podczas konferencji Farma Inwencji. Ten koreański koncern produkuje prawie wszystko - od lodówek i odkurzaczy poczynając, poprzez telewizory i na smartfonach kończąc. Pracownik nie brnął w szczegóły, ale nie ukrywał, że jest zaskoczony tym, co jego firma odkryła w badaniach etnograficznych.

Hm... "I co zrobić z tym odkryciem?" - zapytałem siebie.

Kilka dni później spotkałem się z menedżerem z branży wydawniczej. Omawialiśmy aplikacje polskich gazet i magazynów, pokazując sobie cyfrowe prenumeraty w naszych iPadach. Pod koniec spotkania mój rozmówca zwrócił uwagę na to, że ostatnio swoją aplikację radykalnie przebudował "New York Times". - To zaskakujący ruch. Teraz ma inną nawigację, jest bardziej podobna do strony internetowej. Żeby obejrzeć kolejne teksty trzeba przewijać ją w dół. Po kliknięciu w konkretny materiał, też czytamy go, przewijając z góry w dół - pokazywał mi "kartkując" cyfrowe wydanie szacownego amerykańskiego dziennika.

W tym właśnie rzecz. Twórcy aplikacji "New York Times" zrezygnowali z ruchów poziomych, podobnych do przewijania stron gazetowych. Trudno jest przewijać tekst z prawej do lewej kciukiem, dużo łatwiej robi się to dowolnym innym palcem. Zbieg okoliczności?

Poproś swoje dziecko, żeby zadzwoniło do czyichś drzwi i obserwuj.

 

PS. Jeśli dalej chcesz zabawić się w odkrywcę, poczytaj książki Keri Smith, które podczas Farmy Inwencji polecała Agata Grabowska z CPC.

13:23, vadim.makarenko
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 listopada 2013

Zima na rynku reklamowym trwa już od siedmiu kwartałów i powoli zaczyna przypominać tą z "Gry o Tron". Wszyscy chcą, żeby już się skończyła, ale znaki na niebie i ziemi tego nie zapowiadają. Np., ostatnia decyzja polskiego oddziału koncernu Unilever, do którego należą takie marki, jak Knorr, Saga, Rexona czy Domestos.


Do pracujących dla niego agencji reklamowych, domów mediowych oraz innych firm marketingowych koncern rozesłał list. Jak zwykle w korporacyjnej korespondencji, najważniejsze jest na końcu: "Termin płatności za usługi lub towary zamawiane po dniu 25.10.2013 r. przez Unilever będzie wynosił 90 dni liczonych od daty wystawienia prawidłowej faktury". Podpisani pod pismem szef działu zakupów oraz dyrektor finansowy tłumaczą swoją decyzję "standaryzacją w celu utrzymania konkurencyjności". Do tej pory gigant płacił po 60 dniach.


Zeszłoroczne przychody Unilever Polska wyniosły 3,24 mld zł, a zysk netto - blisko 60 mln zł. Obroty pracujących dla koncernu firm marketingowych są zazwyczaj co najmniej 30-krotnie niższe. Niedawno polski oddział agencji Saatchi & Saatchi (obsługującej konkurencyjny koncern Procter & Gamble) przejął firmę Interactive Solutions. Przy tej okazji Igor Kaleński, szef Saatchi & Saatchi zaznaczył, że oto powstaje jedna z największych, jeśli nie największa, agencja reklamowa w Polsce z przychodami rzędu 90 mln zł.


Im mniejszy podmiot, tym krótsze terminy płatności ma w umowach ze swoimi dostawcami. Większość firm marketingowych musi więc płacić swoim podwykonawcom z miesiąca na miesiąc, a nie z kwartału na kwartał. W trudnej sytuacji znalazły się domy mediowe pracujące dla Unilevera. Z jednej strony mają ważnego reklamodawcę, a z drugiej – media. A te, jak to w trudne zimowe czasy, chcą dostać gotówkę jak najszybciej. Najbardziej niecierpliwa jest TVP, która już trzy lata temu skróciła terminy płatności dla domów mediowych z 28 do 14 dni. Domy mediowe mają dużo większe obroty niż agencje reklamowe, ale przy takich różnicach w terminach płatności mają dwa wyjścia: kredytować większego klienta pieniędzmi mniejszych albo zaciągnąć kredyt.


Dlatego organizacje branżowe (SKM SAR, SMB, ZFPR oraz OFBOR) wspólnie potępiły pomysł Unilevera. I to w ostrych słowach. "To karygodna praktyka, która faktycznie oznacza, że mniejsi dostawcy i partnerzy biznesowi kredytują globalnego giganta. (…) Można to nawet odczytywać jako działanie na szkodę firm powiązanych z Unilever" - czytamy w liście.


Tylko słowa? Jasne, w listach protestacyjnych wszyscy są mocni, ale warto pamiętać, że Unilever jest największym reklamodawcą w Polsce, wydającym na marketing kilkaset milionów złotych rocznie. Na krytykę wobec czegoś takiego polskim agencjom do tej pory brakowało jaj. A tym razem zarzuciły swemu żywicielowi wręcz hipokryzję. „Praktyki te są sprzeczne z ideą społecznej odpowiedzialności biznesu i pokazują, że rynkowy potentat nie ma żadnych oporów, aby wystawiać swoich dostawców na bardzo wysokie ryzyko (a powinno być przecież zupełnie na odwrót – dojrzały biznes pielęgnuje relacje ze swoimi partnerami!)” – piszą do Unilevera, który – podobnie jak inne globalne korporacje – uwielbia opowiadać o odpowiedzialności społecznej. 



Branżowy magazyn „Media i Marketing Polska”, który jako pierwszy poinformował o tym wydarzeniu roku, poprosił koncern o komentarz, ale w odpowiedzi dostał gładkie formułki w rodzaju: „Wierzymy, że dzięki temu będziemy mogli jeszcze lepiej utrzymać konkurencyjność na dynamicznie zmieniającym się rynku FMCG". Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Tanie kredytowanie przez dostawców pomaga dużym i małym firmom. Tym ostatnim nawet bardziej.

16:12, vadim.makarenko
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 16 września 2013

"Sun on Sunday" - to niedzielny brukowiec należący do imperium Ruperta Murdocha. Wystartował w lutym 2012 r. i wypełnił miejsce po zamkniętym w niesławie "News of the world". Jestem daleki od zachwycania się tabloidami magnata, ale jako przywódca Murdoch niewątpliwie jest niezwykłą postacią. Gdy uruchamiał "Sun on Sunday" powołałem się na jednego z jego biografów, Michaela Wolffa. Powtarza on, że magnat potrafi po prostu znieść więcej bólu niż inni.

Dziś, gdy "Guardian" napisał, że "Sun on Sunday" zamierza zatrudnić 16 reporterów, po raz kolejny pomyślałem o ogromnej odporności Murdocha na ból. "Sun on Sunday" nie ma łatwego życia: w ciągu pierwszych 12 miesięcy od startu jego sprzedaż spadła aż o pół miliona egzemplarzy! Wydawca przewiduje, że ten rok tytuł zakończy spadkiem nakładu o jakieś 35 proc., ale mimo to powiększa, a nie zmniejsza zespół. Wierzy, że przyszłość będzie lepsza.

Brian Bacon, były osobisty trener Ruperta Murdocha opowiedział mi, jak magnat zjednuje sobie sojuszników. Z kolei prof. Philip Zimbardo tłumaczył mi, dlaczego Murdoch - podobnie jak inni biznesmeni odnoszący sukcesy - nie chce rozmawiać o przeszłości. Oba te wywiady weszły do mojej książki "Zawód: zwycięzca", której premiera odbędzie się 27 września. Oprócz nich znajdziecie tam jeszcze 18 rozmów z byłymi i aktualnymi prezesami wielkich firm w USA, Wielkiej Brytanii, Izraelu, Polsce, Rosji i na Białorusi.

wtorek, 27 sierpnia 2013

24 marca 2011 r. w podziemiach restauracji Skwer w Warszawie Grzegorz Hajdarowicz ogłosił, że „Przekrój” w sieci będzie płatny. Pokazał też pierwszą aplikację tego magazynu na iPada. Umówiłem się tego dnia na spotkanie z kimś, kto - jak sądziłem – może rzucić trochę światła na to, co się odbywa w głowie krakowskiego biznesmena, który zapowiadał wtedy, że pismo ma iść w kierunku „New Yorkera”. Mój rozmówca wymigał się w ostatniej chwili i dał mi „w prezencie” 90 minut wolnego czasu. Wykorzystałem to do spisania moich ówczesnych przemyśleń (hahaha, na iPadzie). Odnalazłem je dziś, kiedy to z obozu Hajdarowicza nadeszły kolejne złe wieści, a przyszłość „Przekroju” kolejny raz stanęła pod znakiem zapytania. 

Droga, którą kroczy jeden z najstarszych tygodników w Polsce nie jest żadnym wyjątkiem, ani zaskoczeniem. Pismo z wielką tradycją musi ciągle się zmieniać wraz z rzeczywistością i czytelnikami. Dlatego tak często po drodze zmienia właścicieli i naczelnych. Dlatego ciągle szuka nowych czytelników. Im starszy jest tytuł, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie długo błąkał się zanim znajdzie tych, którzy mają środki i pomysł na jego prowadzenie.

Nie zawsze się udaje. Czasami nie pomagają największe nawet pieniądze, bo po prostu kończy się jakaś epoka. Wiedzą o tym właściciele magazynu "Life", który zniknął z rynku po prawie czterech dekadach w 1972 r. Próby reanimacji podejmowane przez koncern Time Warner zakończyły się niepowodzeniem, choć wielu Amerykanów do dziś pamięta to pismo.

Wiedzą o tym właściciele miesięcznika gospodarczego „Portfolio”. To arcydzieło na rynku magazynów kosztowało bardzo dużo, ale nadszedł kryzys i jego najważniejsi reklamodawcy, czyli producenci aut, dóbr luksusowych i sektor finansowy ograniczyły budżety tak drastycznie, że nawet jego doświadczony i bogaty wydawca, Condé Nast poddał się.

Czasem pismom trafia się właściciel, który kupuje tytuł, bo uważa, że za kilka lat sprzeda go z zyskiem. Albo po prostu spienięży część majątku wydawnictwa. Jak np. nieruchomościowy magnat Sam Zell, który kilka lat temu przejął zadłużoną grupę Tribune Co. Na zebraniu z załogą ogłosił, że jeśli jego plan ratunkowy się nie powiedzie, nie zmieni to jego stylu życia. Radykalnie natomiast zmieni się styl życia załogi. Właśnie tak się stało, choć "Chicago Tribune" oraz "Los Angeles Times" wciąż się ukazują.

Grzegorz Hajdarowicz, obecny wydawca "Przekroju" jest niewątpliwie zafascynowany tytułem, który kupił i chcę przywrócić mu dawny blask. Niewątpliwie nie boi się ryzyka i ma na koncie sukcesy. Ale nie w branży wydawniczej, co było widać już po pierwszych deklaracjach, które składał po zakupie pisma. I po tym, jak je poprowadził. Miał być polski "New Yorker", ale stworzenie "New Yorkera" wymaga zgromadzenia najlepszych autorów i wydawania niewyobrażalnych dla Polski pieniędzy na ich pensje i delegacje. A w "Przekroju" zaczęło się od odchodzenia autorów i to nie byle jakich. Piotr Najsztub i Bartek Chaciński publikują dziś w konkurencji.

Pismo na miarę "New Yorkera" może stworzyć tylko naczelny z osobowością, który potrafi przyciągnąć dobrych autorów, a później jeszcze nimi pokierować. W "Przekroju" zastany przez Hajdarowicza naczelny opuścił statek prawie od razu. Jego następczyni, kierowała redakcją niedługo. Obecny naczelny "Przekroju" ma jednocześnie szefować miesięcznikowi "Sukces" o jakże odmiennym od tygodnika profilu. Która z tych osób miałaby przyciągać do pisma nowych autorów i tchnąć w obecnych ducha walki? A fala odejść jeszcze się nie skończyła.

Stworzenie pisma na miarę „New Yorkera” w Polsce – to ogromny wydatek, a nowy właściciel „Przekroju” nie potrafił przekonać zespołu do zmian i zagwarantować mu poczucia bezpieczeństwa. Pikująca sprzedaż tygodnika nie zaskakuje, bo jak dotąd jego wydawca popełnił wszelkie możliwe błędy. I dlatego "Przekrój" nie jest materiałem do wyciągania wniosków na temat przyszłości prasy. Źle zarządzane firmy po prostu chylą się ku upadkowi, niezależnie od tego, w jakiej branży działają - prasowej, telekomunikacyjnej czy meblarskiej. Ten smutny scenariusz nie jest zaskoczeniem. Ci, którzy pamiętają krótką historię tygodnika "Ozon" wiedzą, że dla kogoś spoza branży wydawniczej prowadzenie pisma jest niezwykle trudnym zadaniem. Janusz Palikot może to potwierdzić.

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

A jednak stara dobra i zarazem upadająca telewizja (dziś wszystkie media upadają z wyjątkiem nierentownych serwisów internetowych) pokaże serial "Domek z kart" z Kevinem Spacey w roli głównej. I zapewne sporo na tym zarobi.

"Domek z kart" (House of Cards) - to serial wyprodukowany na zlecenie wypożyczalni internetowej Netlifx w USA. Zadebiutował 1 lutego i jeszcze do niedawna był dostępny niemal wyłącznie w tym serwisie. Kilka dużych platform cyfrowych w Europie, jak np. Sky Deutschland czy Canal+ w Hiszpanii zdecydowało się na pokazanie go w swoich kanałach filmowych. Według branżowego magazynu "Variety" w obu przypadkach wyniki oglądalności były świetne. W Polsce historię Franka Underwooda od kilku tygodni mogą oglądać klienci platformy NC+, która zaczęła od udostępnienia serialu w swoim serwisie VoD. I na jesieni chce pokazać "Domek z kart" także w telewizji. Arkadiusz Mierzwa, rzecznik prasowy NC+ nie komentuje tych informacji, ale przyznaje, że trwają negocjacje w tej sprawie. Serial dystrybuuje spółka Sony Pictures Television, telewizyjne ramię koncernu Sony. Według nieoficjalnych informacji o prawa do "Domku z kart" na Polskę zabiegają m.in. kanały z grupy Fox Television.

To pierwszy serial wyprodukowany nie dla telewizji, lecz dla serwisu internetowego, więc ścieżka, którą wędruje do widza jest nietypowa. Jeszcze pięć lat temu, produkcje tego typu po emisji w telewizji płatnej wchodziły do telewizji bezpłatnej i na DVD, a dopiero później stawały się dostępne w internetowych serwisach na żądanie. Tym razem wszystko zaczyna się od VoD i dopiero w dalszej kolejności mamy telewizję oraz płyty DVD, których sprzedaż konsekwentnie kurczy się od lat.  

(fot. Netflix)

Choć tym razem są ostatnie (albo prawie ostatnie) w kolejce, stacje telewizyjne dobrze zarobią na "Domku z kart". W końcu miał jedną z najlepszych kampanii promocyjnych na świecie! Niedostępny w telewizji tradycyjnej, ale z dużymi nazwiskami (pierwsze odcinki reżyserował David Fincher, a producentem i odtwórcą roli głównej jest Kevin Spacey) thriller polityczny szybko zyskał status najmodniejszej produkcji, przyćmiewając dotychczasowe tytuły serialowe. Internauci w różnych krajach, w tym w Polsce, podzielili się na tych, którzy już go oglądali (mniejsza o to, czy legalnie, bo najczęściej nie) i tych, którzy dopiero zamierzają to zrobić. I co z tego, że - jak pokazała historia "Ekipy" - gatunek political fiction nie należy do ulubionych przez Polaków? 

Polska, podobnie jak Niemcy czy Hiszpania, znajduje się na razie poza mapą Netfliksa. Amerykański serwis jest dostępny w Kanadzie, Meksyku, krajach basenu Morza Karaibskiego, RPA, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Norwegii, Danii, Szwecji oraz Finlandii. Zatem takie jego produkcje, jak "Domek z kart" czy mniej znane w Polsce "Hemlock Grove" albo "Pomarańczowy - to nowy czarny" ("Orange is the new black") wciąż mają u nas telewizyjny potencjał. "Doprzodowcy" z wielkich miast i zawodowcy z branży telewizyjnej i marketingowej już oglądali, ale na nich widownia się nie kończy. Więcej widzów wciąż ma telewizja tradycyjna. Według Nielsen Audience Measurement jest dostępna w 96 proc. polskich domów, czyli może ją oglądać prawie każdy, podczas gdy dostęp do internetu ma ok. 18 mln Polaków (dane Millward Brown, obejmujące osoby w wieku 15+), w tym z VoD korzysta niecała połowa (46 proc. wg badań GfK Polonia na zlecenie Atmedia).

Sprzedaż "Domku z kart" do telewizji jest kolejnym etapem wielkiej promocji marki Netflix na świecie. I to na dużo szerszą skalę niż dotychczas. Czy w ślad za swoim serialem w Polsce pojawi się również sam Netflix? To dopiero byłoby ciekawe. Polskie karty płatnicze obsługuje już prawie od dwóch lat.

piątek, 02 sierpnia 2013

Połączenie dwóch wielkich reklamowych klanów, czyli Publicisa i Omnicomu rozgrzewa wyobraźnię. Reklama to bardzo konkurencyjny biznes i znalezienie się pod jednym dachem takich agencji, jak DDB i Saatchi & Saatchi czy Leo Burnett i BBDO jest czymś niezwykłym. Wielu ojców-założycieli branży reklamowej może przewracać się teraz w grobach.

To niezwykłe też dlatego, że pod jednym dachem – wbrew ich własnej woli – znajdzie się wiele zaciekle konkurujących ze sobą firm korzystających z usług tych agencji. Wystarczy popatrzeć na takich przeciwników, jak Coca-Cola i Pepsi czy Procter & Gamble i Unilever. Ta zmiana może położyć kres długoletnim mariażom, które są coraz rzadsze w tej branży, jak np. DDB-Volkswagen czy BBDO-Pepsi.

Brytyjski holding WPP – właściciel takich firm, jak Young & Rubicam, Mindshare czy Grey przestaje być liderem rynku. Jego prezes, sir Martin Sorrell, zaczyna nowy etap gry o tron.

Połykanie małych przez dużych nie jest w reklamie niczym nowym. Ten proces trwa od dawna i dziś już niewielu pamięta nazwy takich firm, jak BCom3, Cordiant Communications czy CIA (to był dom mediowy, nie mylić z Centralną Agencją Wywiadowczą). Bogiem rynków kapitałowych jest wzrost. Tylko jak rosnąć na ograniczonym rynku? Szacuje się, że dziś już ok. 70-80 proc. marketingowych pieniędzy na świecie przechodzi przez ręce (a właściwie rachunki bankowe) pięciu największych grup reklamowych. To ten moment, w którym musisz zabić rywala, żeby rosnąć dalej. Albo go przejąć.

Ten problem dobrze widać na przykładzie Omnicomu. Duża, sprawnie zarządzana spółka w ciągu ostatnich pięciu lat rosła bardzo wolno. Szybciej rósł Publicis, który agresywnie kupował mniejsze firmy, szczególnie agencje interaktywne. Ten wzrost jednak kosztował i rentowność francuskiego holdingu (18 proc.) była istotnie niższa niż jego amerykańskiego partnera (27 proc.) Dużo szybsze wzrosty przychodów reklamowych i marże widać w bilansach gigantów internetowych. A na to tradycyjny biznes reklamowy mógł odpowiedzieć tylko w jeden sposób: zwiększeniem wagi. Ta fuzja ma być obroną Madison Avenue przed nacierającą Doliną Krzemową.

Reklama serialu Mad Men (materiały AMC)

Problem polega na tym, że jakkolwiek duży będzie Publicis Omnicom Group (POG), i tak nie jest w stanie dotrzymać kroku takim firmom, jak Google czy Facebook. Tygodnik "Bloomberg Businessweek" porównał przychód osiągany przez te firmy na pracownika. Na jedną osobę siedzącą za biurkiem w Mountain View przypada 1,1 mln dolarów przychodu rocznie, podczas gdy przychód (naturalnie, pro forma) na jednego pracownika POG wynosi zaledwie 175 tys. dolarów.

Według tygodnika, POG zatrudnia „zbyt dużo Donów Draperów [główny bohater serialu „Mad Men”, dyrektor kreatywny w fikcyjnej agencji reklamowej Sterling Cooper Draper Pryce]”. Inaczej widzi to serwis satyryczny Onion News: „W wyniku fuzji powstanie gigant zatrudniający 135 tys. kompletnie pozbawionych talentu ludzi”. „Wymyślanie, tworzenie i produkcja kampanii dla McDonald’s jest zajęciem lukratywnym, ale wymagającym siły roboczej. Jednak jeśli McDonald’s chce zwiększyć zwrot z inwestycji za pośrednictwem wyszukiwarki, potrzebuje zaledwie kilku minut, żeby poprawić algorytm” – przekonuje "Bloomberg Businessweek". Dlatego - jak już pisałem - z wizytą do McDonald’s coraz częściej przyjeżdżają Mark Zuckerberg czy Sergey Brin, a nie John Wren czy Maurice Levy. A hamburgerowy gigant mówi o strategii „data in, product out”.

Ten sam problem mają media. Napisanie reportażu o sieci detalicznej, zrobienie wywiadu z prezesem banku, przygotowanie analizy o światowym rynku potasu - wymagają redakcji specjalistów. Innymi słowy, mamy za dużo Joshów Tyrangielów i Tomaszów Lisów. Reklama w medium utrzymującym takich specjalistów nie może być tania.

Nie oznacza to, że tacy, jak Amir Kassaei czy Josh Tyrangiel nie będą potrzebni. Czy będzie ich mniej niż dawniej? To zależy od tego jak bardzo Coca-Cola, Volkswagen czy Levi's będą potrzebowały czegoś, co porwie ludzką wyobraźnię. I od tego, czy Google i nowe media będą w stanie zaoferować reklamodawcom coś więcej niż tanie i precyzyjne kliknięcia oraz "marketing natywny". To nie koniec szalonego pogo.

15:52, vadim.makarenko
Link Komentarze (1) »
środa, 24 lipca 2013

Drony są wykorzystywane w wojsku, wywiadzie, dziennikarstwie, ratownictwie, służbach podatkowych - lista dziedzin ciągle się wydłuża. Jednak o ich wykorzystaniu w reklamie, jednej z bliskich mi branż, do tej pory nie słyszałem. A wszystko wskazuje na to, że czeka je tam świetlana przyszłość.

Dziś serwis o wdzięcznym tytule "Białoruski partyzant" opublikował tekst o najnowszej reklamówce państwowego przedsiębiorstwa Беларуськалий (Belaruskali). To jeden z największych graczy na globalnym rynku nawozów z potasu i jedna z największych firm w kraju od 19 lat rządzonym przez Aleksandra Łukaszenkę. Daje pracę 20 tys. osób.

Otóż do produkcji autopromocyjnego filmu Belaruskali wynajął rosyjskie studio TVCopter, specjalizujące się w filmowaniu z dronów (znanych także jako UAV - unmanned aerial vehicle). Dostępny na YouTube 150-sekundowy klip nie tylko zapiera dech w piersiach, ale też pokazuje, że drony doskonale nadają się do filmowania dużych obiektów przemysłowych. Posępna muzyka dobrze łączy się z obrazem, ale czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że cały ten potas, to pic-na-wodę-fotomontaż i za chwilę zza kadru wyłonią się głowice rakiet ziemia-powietrze. No dobra, czepiam się. Nastrój reklamówki pasuje do potentata kontrolującego 43 proc. światowego rynku.

Czekam na podobne reklamy polskich blue-chipów, jak np. PKN Orlen, PGNiG, KGHM czy JSW. Taki LOT też miałby co pokazać. A że ma problemy? Trudno, Belaruskali też zmaga się z szarą rzeczywistością - wg. "Białoruskiego Partyzanta" pensje w spółce spadły w ciągu ostatniego roku o połowę - ale po reklamie tego nie widać.

UPDATE: czytelnicy zaalarmowali mnie, że klip promujący Belaruskali nie otwiera się. Sprawdziłem. Faktycznie, przestraszone własnym sukcesem przedsiębiorstwo usunęło z YouTube'a swoje korporacyjne wideo. Nie ma go także na stronie podwykonawcy, czyli firmy TVCopter. Ale jest tam wiele innych ciekawych materiałów. Miłego oglądania! :) 

wtorek, 23 lipca 2013

Miksele - to nowa seria klocków Lego, której premierę w sklepach zapowiedziano na wiosnę przyszłego roku. I nowa seria krótkich animacji, która jednocześnie z zabawką zadebiutuje na antenie Cartoon Network. Bo Lego - to nie tylko najbardziej wartościowa firma w przemyśle zabawkowym, której kapitalizacja osiągnęła niedawno 15 mld dolarów i prześcignęła legendarnego producenta lalki Barbie, czyli Mattel. To też sprytna firma medialna, która coraz więcej inwestuje w produkcję programów telewizyjnych.

Miksele (materiały prasowe Lego)

Niedawno pisałem w "Gazecie" (uwaga, tekst dostępny bez Piano) o tym, jak Lego promuje swoje zabawki przy pomocy kreskówki "Lego Ninjago", dostępnej w Polsce na antenie Teletoon+, a w USA - w Cartoon Network. Uruchomione w 2011 r. NinjaGo - to trzecią pod względem wysokości sprzedaży serią klocków Lego, po City i Star Wars. Zeszłoroczne przychody Lego sięgnęły 4,09 mld dolarów (wzrost o 25 proc.), a zysk netto - 981 mln dolarów (wzrost o 38 proc.).

Nic dziwnego, że po tym sukcesie duńska spółka zdecydowała się powtórzyć telesztuczkę i wyprodukować serial o Mikselach. Tym razem jednak nie zrobi tego dla niej studio WILFilm, lecz Cartoon Network Studios - producenckie ramię dziecięcego kanału należącego do Time Warner. To pokazuje, jak ważnym partnerem stało się Lego dla kanału, który musi konkurować z magią Disneya. Ten ostatni potentat od lat 80. rządzi dziecięcymi umysłami dzięki aliansowi z Barbie.

Miksele mają "łączyć rozbudowane gry online, serię kolekcjonerskich zabawek oraz wiele więcej" - czytamy w komunikacie obu spółek. Z pewnością tak będzie, bo same zabawki - to już za mało. Michael Wolf w swojej książce pt. "Gospodarka rozrywki" ponad dekadę temu stwierdził, że wszystkie biznesy - nawet tak nudne, jak bankowość czy energetyka - działają w branży rozrywkowej. Nie wierzycie? To popatrzcie na nową odsłonę mBanku. Mój znajomy, John Biggs napisał niedawno na TechCrunch, że gdyby jego bank, czyli Chase, miał taki serwis jak mBank, John chciałby dłużej zostawać na jego witrynie. 

Czekam, aż mBank wyprodukuje swój pierwszy serial albo grę.

środa, 10 lipca 2013

Z badania firmy marketingu szeptanego Streetcom wynika, że najważniejsza jest próżność. Dziennikarzowi samej próżności na razie nie wystarcza, ale kto wie, co będzie dalej?

- Myślę, że interpretacja próżności jest szeroka. Piszą, bo lubią być czytani, nie piszą do szuflady. Niektórzy czują się potrzebni, dowartościowani. Może można nazwać to próżnością - mówi Iwona Gniedziejko, rzeczniczka Streetcomu.

Produkty też kocham

Ogólnopolskie badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w czerwcu tego roku na 820 osobach piszących blogi. I nie są to okazyjni blogerzy, bo co piąty twierdzi, że zamieszcza wpisy codziennie, a blisko połowa pisuje co najmniej raz w tygodniu.  Co trzeci respondent prowadzi blog dłużej niż dwa lata, a więc ma stałe audytorium i wie, jak się z nim zachowywać. Według Streetcom do najpopularniejszych tematów wśród blogujących należą: uroda, gotowanie i lifestyle (cokolwiek to znaczy). Autorów napędza sam akt tworzenia: „dla 90 proc. badanych blog jest ważnym, sprawiającym radość elementem codzienności”.

Aż 60 proc. z badanych twierdzi, że interakcja z czytelnikami ma dla nich największe znaczenie. „Pisząc bloga spełniam się i to daje mi motywację do dalszego działania. Komentarze, nowi obserwatorzy, opinie (te przekazywane na portalach społecznościowych i ustnie), wiadomości, że ktoś zainspirował się moimi pomysłami, że wykonał coś podobnego, wyróżnienie dla bloga - to wszystko sprawia, że chce się pisać ” – mówi jeden z autorów. Dla innego blogowanie to „możliwość wymiany opinii oraz „wygadania się”. Trzeci mówi o „kochanych czytelnikach” i zaraz potem dodaje, że cieszą go także prezenty do testowania od firm.

Blogi budują status społeczny. „Tak mnie to wciągnęło, że nie wyobrażam sobie dnia bez wpisu i odwiedzin bloga. Jestem bardzo dumna z niego. Cieszą mnie każde odwiedziny i komentarz. Teściowa, która miała mnie zawsze za kiepską gospodynię domową, teraz jest nawet dumna ze mnie i moich osiągnięć” - zwierza się jedna z autorek.

Autorzy blogów często są skłonni pisać za darmo, bo połowa z nich pracuje zawodowo. 90 proc. badanych deklaruje, że blog jest jednym z hobby, „istotną aktywnością, przynoszącą radość”.

Jak utrzymać się z pisania

To o tyle interesujące, że zdaniem niektórych prasoznawców podobną ścieżką może podążać w przyszłości dziennikarstwo. W Wielkiej Brytanii pracuje obecnie ok. 62 tys. dziennikarzy i autorzy raportu „Journalists at work” przygotowanego pod kierunkiem prof. Hargreavesa podkreślają, że w ciągu ostatnich 10 lat ich liczba wcale nie zmalała tak dramatycznie, jak można byłoby się spodziewać. „Więcej zmieniło się w ich statusie” - czytamy w raporcie. Okazuje się, że coraz więcej dziennikarzy łączy pisanie z pracą w innym zawodzie - są wykładowcami na uczelniach albo zbliżają się do administracji publicznej czy public relations. Prof. Ian Hargreaves z Uniwersytetu w Cardiff nazywa łączenie dziennikarstwa z innymi zajęciami hybrydyzacją.

Kadr z serialu HBO, który nierealistycznie pokazywał życie współczesnych dziennikarzy telewizyjnych w USA

Według badania przeprowadzonego w ramach rosyjsko-polsko-szwedzkiego projektu "Zmiana w dziennikarstwie", w Polsce pracuje 10 tys. dziennikarzy, a ich liczba wciąż spada. Polskie dane przygotował Zakład Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa, w Instytucie Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego, kierowany przez prof. dr hab. Bogusławę Dobek-Ostrowską. Aż 79 proc. respondentów w jego ankiecie stwierdziło, że z dziennikarstwa da się wyżyć, a odłożyć z pensji potrafi prawie jedna czwarta (23 proc.).

Utrzymać się z dziennikarskiego rzemiosła nie potrafi 19 proc. respondentów, a wśród nich 13 proc. przyznaje się, że ma inne źródła dochodu. Z kolei dla 6 proc. dziennikarstwo stanowi niewielką część dochodu, a więc hybrydyzację mamy także w Polsce.

Mniej wiarygodności

Krótkoterminowo zdejmuje ona z mediów część wydatków na utrzymanie autorów - do zapłacenia zostają tylko honoraria, a ciężar regularnej pensji z ubezpieczeniem spada na innych pracodawców. Jednak na dłuższą metę hybrydyzacja zabija wiarygodność. Autor-wykładowca może wprawdzie dodawać redakcji doświadczenia i wiarygodności, podczas gdy autor-piarowiec - wręcz przeciwnie, bo nie służy czytelnikowi, lecz firmie, która go wynajmuje i nie jest to bynajmniej jego wydawca, ani nadawca.

UPDATE: - Tylko w ciągu 2011 r. w Polsce ubyło blisko tysiąc dziennikarzy, są to dane uzyskane w ramach projektu MediaAct w 2011 r. Na koniec zeszłego roku było ich już ok. 9,1 tys. - mówi prof. Bogusława Dobek-Ostrowska.

wtorek, 28 maja 2013

Moja oksfordzka przygoda dobiegła końca. Nie tylko dlatego, że już do ponad miesiąca jestem w redakcji i próbuję tchnąć w siebie trochę entuzjazmu, ale też dlatego, że praca nad którą spędziłem trzy fantastyczne miesiące jest już opublikowana. Można ściągnąć ją tu:

Oksfordzki przecinek będzie żył dalej. O jego nowej odsłonie poinformuję wkrótce.

10:36, vadim.makarenko
Link
1 , 2 , 3 , 4 , 5