Piszę
Tweetuję
Słucham

RSS
niedziela, 31 marca 2013

Autokary Oxford Tube - najtańszego środka komunikacji między Oksfordem i Londynem (13 funtów za bilet w obie strony) - były pełne, choć to niedziela, i to - dodajmy - Niedziela Wielkanocna. Rozkład dnia dla większości studentów Oksfordu był mniej więcej taki: śniadanie, msza wielkanocna w koledżu i regaty. 

Najlepszym miejscem do oglądania wyścigu jest park Furnival Gardens - niedaleko mostu Hammersmith. To na zakręcie Tamizy, dlatego ścigające się ósemki można oglądać właśnie z tego parku najdłużej. To tam co roku stawia się gigantyczny telebim i namioty z jedzeniem.

W tym roku jednak park cieszył się popularnością także dlatego, że Hammersmith Bridge miał być zamknięty dla widzów. W ten sposób organizatorzy chcieli uniknąć incydentów w rodzaju tego sprzed roku, kiedy to 20-letni Trenton Oldfield wpłynął pomiędzy łódki i sędzia przerwał wyścig.

Oldfield twierdził, że w ten sposób chciał zaprotestować przeciwko elitom, a trudno o coś bardziej elitarnego niż regaty na Tamizie i wyścig między studentami prestiżowych uniwersytetów - oksfordzkiego i Cambridge. Tłumaczenia Oldfielda budziły jednak śmiech, bo protestujący sam uczęszczał do elitarnej szkoły z internatem w Australii. Dostał 750 funtów grzywny i sześć miesięcy więzienia; wyszedł już po dwóch miesiącach za dobre sprawowanie. 

Wbrew zapowiedziom Hammersmith Bridge nie został zamknięty i bardzo szybko most zapełnili widzowie. Szczęściarze zajęli miejsca w pobliskich pubach - The Rutland Arms i Blue Anchor - które mają balkony.

Ciekawe, że sprzedawane proporczyki i dmuchane kije były w barwach obu drużyn. Nie można byłoby odróżnić kibiców jednej ósemki od drugiej, gdyby nie uczelniane bluzy, założone przez niektórych na kurtki. Bez względu na dość chłodną aurę (3 st. Celsjusza) do Furnival Gardens i do okolicznych pubów nie można było się wbić już o godz. 15, czyli na półtorej godziny przed wyścigiem.

Po krótkiej naradzie z kolegami z Oksfordu udaliśmy się na przeciwny, południowy brzeg rzeki. Jest niższy i porośnięty krzakami i drzewami, ale ma dwie zalety: prawie nie było tam ludzi i można podejść do samej wody, podczas gdy na północnym brzegu wszystkie miejsca przy samej wodzie były zarezerwowane dla ekip z mediów.

Zanim przebiliśmy się przez zatłoczony most na drugą stronę, również tam był już tłum. Nieopodal nas stała grupka studentów sączących piwo. W pewnym momencie zaczęli głośno skandować "Cam-bridge, Cam-bridge, Cam-bridge!" Odpowiedzieliśmy krzykiem: "Oks-ford, Oks-ford, Oks-ford!". Do rękoczynów nie doszło, w końcu to Anglia, a my - studenci - jesteśmy gentlemanami. Skończyło się na wymianie znaczących uśmiechów.

Dla Oksfordu to był szalenie istotny wyścig. W zeszłym roku, gdy Oldfield wpłynął pomiędzy ósemki, Oksford prowadził. Ale po 30-minutowej przerwie i wznowieniu wyścigu to Cambridge zdobył puchar. Żal i przekonanie, że stało się coś niesprawiedliwego, żyje w mieszkańcach Oksfordu do dziś. I wszyscy mieli nadzieję, że w tym roku będzie inaczej. Ci, którzy się nie wybrali do Londynu, mogli oglądać wyścig w telewizji. Większość klubów, pubów i akademików w Oksfordzie zapraszała na pokazy. 

Widowisko było wyjątkowe: 159. wyścig ósemka z Cambridge zaczęła mocnym szarpnięciem. Wzdłuż Tamizy rozległ się ryk, który toczył się z dwóch stron - z Furnival Gardens, gdzie ludzie mogli oglądać całość na telebimie, oraz ze strony startu. Jednak Oksford szybko wyrównał i ciemnoniebieska ósemka wyszła na prowadzenie.

Oksfordzka ósemka zdecydowanie prowadzi!

Dark blue zdecydowanie prowadzi! (fot. Vadim Makarenko)

(więcej zdjęć)

Gdy obie łódki przemykały pod Hammersmith Bridge, Oksford prowadził już o ponad dwie trzecie długości. Tłum wokół nas wybuchł po raz drugi. Każdy wykrzykiwał nazwę ulubionej ósemki.

Na własne oczy widzieliśmy wyścig najwyżej przez dwie minuty. Tuż za ósemkami pojawił się tuzin motorówek z ekipami telewizyjnymi, który wzniecił na Tamizie takie fale, że stojący najbliżej wody musieli się w pośpiechu ewakuować. Już wracając, na Hammersmith Bridge, dowiedzieliśmy się z BBC, że Oksford wygrał o półtorej długości!

Zgodnie ze starym zwyczajem zawodnicy zwycięskiej drużyny nie tylko otworzyli szampana, ale też wrzucili swego sternika do wody. Teraz Oksford ma do nadrobienia tylko cztery wyścigi i może już zaczynać ćwiczenia, bo w całej historii regat Cambridge wygrał 81 razy, a Oksford - 77. Chłopaki z Cambridge już planują zemstę. Studenci obu uczelni rozpoczęli oblężenie pubów.

Już od pierwszej sekundy widać było, że z Erykiem jest coś nie tak. Jak zwykle uprzejmy, w dyżurnej szarej bluzie z kapturem, energicznie wparował do kuchni i zabrał się za przyrządzanie swego dyżurnego dania: musli z ciepłym mlekiem. Nie miał na sobie natomiast zawadiackiego uśmiechu. Przecierał tylko zaczerwienione oczy. Nie sięgnął też po swój ulubiony „Independent“, który zwykle zaczynał czytać od końca, zaśmiewając się z nagłówków. W milczeniu usiadł obok mnie przy dużym sosnowym stole w kuchni. Dookoła krzątali się nasi wspólni znajomi – Blanka z kraju Basków, Rita z Chicago, Pete z Antwerpii i Risto z Helsinek. Ale Eryk ich nie zauważał. Jedzenia też. 25-letni wesołek z Bawarii  nie przepuszczał żadnej imprezy w akademiku i zwykle był pierwszy do wyjścia do pubu czy na bal w koledżu.

Po pięciu minutach milczenia byłem przekonany, że musi być na kacu albo odebrał złe wieści z domu. Zacząłem po męsku: - Ciężka impreza wczoraj?

Spojrzał na mnie i odparł cicho: - Wszystko w porządku.

To zabrzmiało, jak „zdechł mi właśnie pies“, o czym od razu mu powiedziałem. Eryk się uśmiechnął się po raz pierwszy tego ranka. – Po prostu jestem zamyślony – stwierdził.

- Bo? – próbowałem ciągnąć go za język.

- Mam spotkanie z tutorem – wyjaśnił.

Rita westchnęła. Twarze pozostałych posmutniały. Pete, odprawiający czary nad czajniczkiem ze świeżą kawą, rzucił krótko: - Prze....ne.

Tylko studenci Oksfordu i Cambridge wiedzą kim jest tutor i co oznacza spotkanie z nim, bo tylko te dwie uczelnie na Wyspach Brytyjskich wciąż fundują studentom (za ciężkie pieniądze tychże) to unikalne doświadczenie. Tutor – to wykładowca, który pełni rolę mentora, mistrza i wychowawcy. Rezyduje w koledżu i kształtuje studenta równolegle z wydziałem. To kolejna zagadka Oksfordu i Cambridge, czyli dwóch najstarszych brytyjskich uniwersytetów. Nauka np. w Said Business School - to jedno, a przynależność do Green Templeton College – to coś zupełnie innego. Koledż jest też bractwem, domem i oparciem, a nie tylko ośrodkiem nauki. Może zrzeszać adeptów z tak różnych dziedzin, jak medycyna, biznes czy dziennikarstwo.

 

prof. Zbigniew Pełczyński

Prof. Zbigniew Pełczyński z Pembroke College był tutorem m.in. Billa Clintona (fot. Wikipedia)

Tutor ćwiczy studenta nie tylko naukowo, ale też kształtuje jego charakter. Nieustająco rzuca mu „kręcone piłki“, zadaje prace domowe, które nie dotyczą tego, co w tym czasie student akurat przerabia na wykładach. Trzeba się więc napracować. Adepci nauk ścisłych przygotowują przed spotkaniem prezentacje projektów albo rozwiązują zadania. Ci, którzy studiują nauki humanistyczne piszą wypracowania, coś w rodzaju „Archetyp kapelusznika w literaturze angielskiej“, a więc od Lewisa Carrolla, poprzez T.S. Eliota aż do Archibalda Cronina.

The Naming of Cats is a difficult matter,

It isn't just one of your holiday games;

You may think at first I'm as mad as a hatter

When I tell you, a cat must have three different names.

The Naming Of Cats

T.S. Eliot

To bardzo trudna rzecz imię wynaleźć kotu.

Trudniejsza niż świąteczna zagadka czy gra;

Powiecie, żem jest wariat lecz przysiąc jestem gotów:

Porządny kot nie mniej niż trzy imiona ma.

Koty

T.S. Eliot

 

Trzeba posiedzieć w bibliotece, poczytać, ponotować, a potem jeszcze zgrabnie to opowiedzieć tutorowi. - Muszę dokładnie przemyśleć nasze spotkanie i ewentualny przebieg rozmowy – tłumaczył Eryk zapatrzony w musli. Nie zdradził, co mu zadał tutor, ale biorąc pod uwagę, że Eryk para się biochemią, musiało to być coś morderczego. 

Spotkanie trwa zwykle około godziny i czasem bierze w nim udział nie jeden student, lecz dwaj albo trzej. Praca z tutorem - to jeden z kilku kluczowych elementów wychowania brytyjskich elit. Obok amatorskiego sportu (czczonego tu niczym za oceanem NBA), mundurków i kiepsko ogrzewanych pokoi w internatach ćwiczy coś, co tu nazywa się „stiff upper lip” (dosłownie sztywna górna warga), czyli totalne opanowanie, które my, na kontynencie, nieraz bierzemy za oziębłość.

George ma 52 lata, w tym prawie 25 spędził w mediach i jako zagraniczny korespondent zjeździł połowę świata. To prawdziwy angielski gentleman – zawsze schludny, bardzo grzeczny i nierzucający się w oczy. Ubrany na szaro, czarno i granatowo, zwykle w prostych i wygodnych butach. Na każdym kroku mówi „proszę”, „dziękuję”, „czy nie miałby pan nic przeciwko”. Jego akcent zdradza absolwenta Oxbridge, podobnie jak to, że biegle włada kilkoma językami, co dla Wyspiarzy jest raczej nietypowe. Z dumą pokazuje mi swój koledż. To mający blisko 500 lat Corpus Christie w Oksfordzie, przyjmujący głównie studentów filologii klasycznej, filozofii, historii sztuki czy archeologii. George ukończył filologię klasyczną. Gdy na dziedzińcu podziwiam bambus, który bez problemu wytrzymuje tutejsze zimy i wiosny, on wskazuje na okno tuż nad bramą wejściową. – Tam mieszkałem. A nieco dalej, bliżej rogu, widać okno gabinetu, w którym spotykałem się z tutorem. To był doświadczony profesor, do którego jako dwudziestoparolatek musiałem nosić moje eseje. Nogi się pode mną uginały, brzuch bolał, ale musiałem iść – wspomina George. Być może dlatego dziś, gdy sam dostaje prace studentów stara się ich oszczędzać. Czasem tylko zażartuje. – Mee-Eun jest już tak dobra z angielskiego, że zna różnicę pomiędzy śmianiem się z kogoś i śmianiem się z kimś – powiedział z uśmiechem o koleżance z Korei Południowej. 

Eryk przeżył. – Jedziesz jutro na boat race? – zapytał mnie dziś w kuchni ze swoim zawadiackim uśmiechem. W Wielkanoc ósemka z Oksfordu zmierzy się w rywalami z Cambridge.

niedziela, 10 marca 2013

- Kto z tutaj zebranych ogląda "Breaking Bad"? - pyta kobieta w sukience w kolorze majowej trawy i czarnych butach na szpilkach. Siedzi na profesorskiej katedrze obok zdezelowanego biurka. Czarna tablica za jej plecami cała jest zapisana kredą. Równania matematyczne: iksy, igreki... Same niewiadome.

Jay Hunt w Oxford Media Society (fot. Vadim Makarenko)

Sala milknie. Podnoszę rękę.

- No, proszę! Należy pan do specyficznej grupy mężczyzn w średnim wieku, to główna widownia tego serialu, zarówno na jego macierzystym rynku, czyli w USA, jak i tu, na Wyspach Brytyjskich. Ci darzą ten serial tak wielką sympatią, że przypominają… hm… sektę. Idę o zakład, że oglądał pan również "Wire".

- To prawda - potwierdzam.

Sala wybucha śmiechem. 

- I "The killing"? - ciągnie Jay Hunt, dyrektor programowa Channel 4.

- Zgadza się - uśmiecham się.

- Nie będę pytała, ile ma pan lat, ale... - Hunt próbuje przebić przez śmiech widowni.

- 40! - krzyczę do niej. Dwudziestoparolatkowie dookoła dobrze się bawią. 

- Szkoda, że nie strzeliłam - uśmiecha się. Nieźle radzi sobie z niewiadomymi, studiowała finanse i księgowość, ale do dziś dziękuje Bogu, że nie pracuje w zawodzie. Poszedłem na jej wykład, żeby zapytać o modę na starocie. Takie, jak ten:

Lady Mary: Ile razy mam być zmuszana do wyjścia za mężczyznę, siedzącego obok mnie podczas obiadu?

Lady Grantham: Tyle razy, ile będzie potrzeba.

Lady Mary: Mama, świat się zmienia.

Lady Grantham: Nie tak bardzo. I nie dość szybko dla ciebie.

To dialog z serialu "Downton Abbey", bijącego rekordy popularności nie tylko w Wielkiej Brytanii. Pokazuje, jak mogła wyglądać wymiana zdań między matką i blisko 20-letnią córką w I połowie XX wieku. Dziś omawianie sprawy zamążpójścia wygląda inaczej. 20-latka przyprowadza chłopaka na kolację i oznajmia rodzicom, że oto jest wybranek jej serca. Koniec, kropka, kaput. Żadnych poszukiwań, podchodów i studiów heraldycznych. Pytanie: "Jaki świat wolisz?" jest o tyle bez sensu, że tamten już nie wróci. Straciliśmy go tak samo, jak mamuty, tygrysy szablozębne i pterodaktyle. No, chyba, że jesteśmy w telewizji, tam wszystko jest możliwe: i "Park Jurajski", i "Czas honoru". Skąd jednak popularność takich nowoczesnych staroci? Dlaczego z taką pasją rzucamy się na seriale o czasach, w których w wielu domach nie było toalety, gorącej wody, centralnego ogrzewania i telefonu, nie mówiąc już o internecie? I dlaczego rzucamy się na nie właśnie teraz?

To pytanie fascynuje mnie odkąd obejrzałem pierwszy odcinek serialu "Mad Men", po którym w amerykańskich telewizjach nastąpił prawdziwy wysyp produkcji w stylu retro. Na to samo zapadły także stacje brytyjskie, które w ciągu ostatnich kilku lat wyprodukowały "The Hour", "Downton Abbey" zakupiony ostatnio przez TVP czy "Call the midwife", który wywołał kolejny szturm na wydziałach położnictwa na Wyspach Brytyjskich. "Czy serial ma się jakkolwiek do tego zawodu dziś?" na poważnie zastanawiał się "Guardian" w styczniu, gdy w BBC ruszył drugi sezon serialu o życiu położnych w biednych dzielnicach Londynu w latach 50. 

John Bailey, który stał za kamerą w "Amerykańskim żigolaku", "Dniu świstaka" czy "Na linii ognia" uważa, że chodzi o tęsknotę za dawnymi relacjami międzyludzkimi. - Ludzie inaczej traktowali bliźniego, potrafili ze sobą rozmawiać. "Mad Men" stawia nas przed wyborami moralnymi i pokazuje konsekwencje, które te wybory niosą ze sobą. Myślę, że ludzie tęsknią za tamtymi relacjami, za bardziej niewinnym światem - tłumaczył w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" rok temu.

Jay Hunt tłumaczy popularność produkcji w stylu retro… kryzysem. - Dziś w telewizji dobrze oglądają się programy ładne, przyjemne, dające widzowi poczucie sprawiedliwości, satysfakcji i trwałości. To wynika z tego, że ludzie mają coraz mniej poczucia stabilności na co dzień i szukają go w telewizji - tłumaczyła podczas spotkania ze studentami. Jej zdaniem Brytyjczycy szukają oparcia w tradycji.

Cóż, jeśli wsłuchamy się w słowa lorda Granthama z "Downton Abbey", to coś w tym jest. "Jesteś moją córką, kochanie, a ja kocham cię tak mocno, jak trudno jest Anglikowi wyrazić to słowami... Gdybym zbił własną fortunę i kupił Downton dla siebie, należałby on także niewątpliwie do ciebie. Ale tak nie jest. Mój los jest dziełem innych, którzy pracowali, by stworzyć wielką dynastię. Czy mam prawo zniszczyć ich pracę albo zubożyć dynastię? Jestem strażnikiem, moja droga, a nie właścicielem. Muszę starać się, by być godnym zadania, które mi powierzono". Niezwykły cytat, bo wszystkie słabości upadającej angielskiej arystokracji - brak umiejętności wyrażania uczuć, brak własnych pieniędzy i brak zdolności adaptacji do zmieniających się warunków - przerabia na zalety. Gdyby współczesny mężczyzna chciał snobować się na lorda Granthama usłyszałby: "Zrób coś, w końcu jesteś facetem!" Ale widz jakoś o tym nie myśli. Jaki kryzys, tu trwa prawdziwa walka o przetrwanie dorobku pokoleń i całego kraju, a nie walka o zachowanie posady i miesięcznej pensji!

Lord Grantham

Lord Grantham, czyli Hugh Bonneville w serialu Downton Abbey (fot. ITV)

Jay Hunt, pochyla się do przodu i gestykuluje, jakby mówiła rękami. - Nie chodzi tylko o seriale, w dużych masowych kanałach mamy coraz więcej programów przyrodniczych i historycznych. Ich ekipy ruszają na angielską prowincję i filmują krajobrazy. Ujęcie lasu potrafi trwać minutę, nic się w nim nie dzieje, ale producent powtarza "śliczne, śliczne". Nazywamy to "śliczna śliczność". Wszyscy chcą jej jak najwięcej, ale to nie będzie trwało wiecznie - ostrzega.

- Co dalej? - zapytałem ją po wykładzie dla Oxford Media Society w Queen's College. Kobieta, która zatwierdziła do produkcji "Sherlocka" w BBC, a dla Channel 4 kupiła w USA "Homeland" wydawała się zaskoczona moim pytaniem. - W jakim sensie? To samo, reality-show, quizy, sitcomy… Telewizja, która śmieje się z ludzi i ich błędów. To sinusoida.

niedziela, 24 lutego 2013

Młody, oczytany, wrażliwy i żądny przygód. Studiował filozofię i anglistykę na Uniwersytecie w Warwick i marzył o karierze dziennikarza. Niczym George Orwell w słynnej „Drodze na molo Wigan” chciał udzielać głosu tym, którzy głosu nie mają. Miał szczęście, jak na kogoś, kto nie skończył Oksfordu czy Cambridge i nie ma rodziny ze znajomościami - pracę w gazecie znalazł  szybko. Może nie była to redakcja jego marzeń - początkującego reportera nie przygarnął bowiem „Times”, ani „Daily Telegraph” ani „Guardian” - ale jednak tytuł z Fleet Street. 24-letni Richard Peppiatt swoją pierwszą pracę dostał w „Daily Star” – brukowcu, który jeszcze cztery lata temu kosztował 20 pensów i chwalił się w reklamach, że ma „większe jaja niż >>Sun<



Akurat głupio się chwalił, bo to nie jądra są bronią w wojnie tabloidów, lecz biusty. Wystarczy jedno spojrzenie na trzecie strony brytyjskich gazet.

„Gwiazda >>Big Brothera<< Chantelle Houghton wymigała się wczoraj od przejażdżki na rollercoasterze, bo bała się, że eksplodują jej cycki” – donosił Richard Peppiatt 13 marca 2009 r.  Sam sobie tłumaczył: „Nic to. Zacznę tu, wyrobię nazwisko, potem się przeniosę do poważnej gazety. Wielu tak zaczynało”. A co z udzielaniem głosu tym, którzy go nie mają? No, było. Pierwszą istota, której wysłuchał młody reporter była… surykatką z reklam porównywarki cenowej Comparethemarket.com. Zdjęcie na rozkładówce „Daily Star” pokazywało, jak podsuwa mikrofon zwierzątku siedzącemu u niego na kolanach.

Pewnego dnia Richarda wezwał do siebie naczelny i powiedział, że ma odnaleźć Susan Boyle, bohaterkę brytyjskiej edycji programu „Mam talent” i oświadczyć się jej. Już samo znalezienie nie było łatwym zadaniem. Ta obdarzona niesamowitym głosem kobieta sprzedała miliony płyt na całym świecie, ale wciąż mieszkała w starej czynszówce w Szkocji. A stacja telewizyjna starała się trzymać reporterów z daleka. – Nie miałem pojęcia, co robić. Żadnych tropów. Po prostu pojechałem do Szkocji i przez dwa tygodnie błąkałem się po różnych miejscach. W końcu ktoś dał mi cynk, ale nie miałem dokładnego adresu i pukałem do wszystkich drzwi w dzielnicy po kolei. Okolica nie była przyjemna i wciąż bałem się, że gdy zapytam kogoś „Czy nie mieszka tu przypadkiem Susan Boyle?” ktoś po drugiej stronie progu zamiast trzasnąć drzwiami walnie mnie w zęby. Na dodatek, moi szefowie chcieli, żebym oświadczył się ubrany w szkocki strój ludowy. Ganiałem więc w kilcie z bukietem róż i cała ta sytuacja była, mówiąc delikatnie, żenująca – opowiada dziennikarz. - Gdy w końcu ją odnalazłem, padłem na kolana i zaproponowałem rękę i serce, ale ona powiedziała, żebym się walił i zamknęła drzwi.

Wykonana „misja” zakończyła się zdjęciem z dłuższym podpisem. Szefowie byli zadowoleni, ale Richard coraz mniej lubił swoją pracę. Gdy poskarżył się na to ojcu, staremu górnikowi, usłyszał: „Nienawidziłem moją robotę od pierwszego dnia i każdego kolejnego nienawidziłem ją dwukrotnie mocniej”. Młody reporter zaczął liczyć i wyszło mu, że nienawiść ojca do pracy w kopalni musiała w ciągu kilkudziesięciu lat wzrosnąć setki miliardów razy.

Którego tekstu wstydzi się do tej pory? Chyba tego, o burkach. We Francji akurat zakazano kobietom noszenia burek, a naczelny wezwał reportera i powiedział, by ten kupił burkę i napisał artykuł o tym, „jak to jest nosić burkę”. Peppiatt znalazł sklep w Whitechapel, gdzie walcząc z zażenowaniem kupił burkę i zapewnił sprzedawcę, że to nie dla siebie. Po wyjściu na ulicę w przebraniu okazało się, że ludzie dość szybko rozpoznali, że pod burką kryje się mężczyzna, a nie kobieta. Zawiadomili policję, a patrol wylegitymował podejrzaną postać. – To zdemaskowało mnie całkowicie, bo w burce nie ma kieszeni i żeby wyciągnąć do nich rękę z dokumentami, musiałem ją podwinąć. To wszystko nie miało żadnego sensu – wspomina Peppiatt. „Reportaż wcieleniowy” ukazał się w „Daily Star”.

Richard  Peppiatt w zawodowym przebraniu

Rich Peppiatt (zdjęcie ze strony http://www.rich-peppiatt.com)

Każdego dnia dziennikarze brukowców ruszają na poszukiwania osób, które mogą być złym wzorcem dla obywateli. Zdradzają małżonków, oszukują szefów albo nie pracują, żyją na zasiłkach, a do tego nie ograniczają się w wydatkach. – A jeśli taka osoba na dodatek jest imigrantem, to można powiedzieć, że mamy prawdziwy strzał w dziesiątkę! – uśmiecha się Richard. I opowiada o biednej rodzinie z Sudanu, która dostała mieszkanie socjalne w Chelsea, jednej z najbardziej modnych dzielnic Londynu. Nie miała na to żadnego wpływu - w chwili, gdy złożyła wniosek ten lokal akurat się zwolnił. Dla brukowców to było prawdziwe święto. Wszystkie wysłały swoich reporterów, by zrobiły wywiad z ojcem rodziny. – Tak naprawdę nie zależało nam na żadnym wywiadzie. Nagabywaliśmy tego człowieka, gdy szedł na zakupy albo prowadził dzieci do szkoły zadając mu najróżniejsze pytania, ale chcieliśmy usłyszeć coś w rodzaju: „I co z tego, mam to gdzieś!”. Jakkolwiek się starałem, nie mogłem z niego tego wyciągnąć, ale w końcu coś tam napisałem. Następnego dnia „Sun” dał duże zdjęcie tego imigranta z luksusową dzielnicą w tle, a pierwsze zdanie podpisu brzmiało: „Nic mnie nie obchodzi!” – opowiada reporter. Był pewien, że konkurencja to zmyśliła, ale od szefów usłyszał, że następnym razem ma być „bardziej sprytny”. Polacy – to nie muzułmanie, ale też pobierają zasiłki, wysyłają dzieci do angielskich szkół albo – co gorsza - sami biorą pożyczki na studia, więc są dla tabloidów idealnymi ofiarami. Polak nie pracuje i kantuje państwo, a jeśli nawet pracuje, to zawsze jest pokazywany jako hydraulik, budowlaniec albo sprzątacz. – Podział na „my” i „oni” musi być. To nic nie kosztuje, żaden imigrant nie obroni się przed gazetami, które opowiadają o rabowaniu państwa przez obcych, podczas gdy duże międzynarodowe korporacje kroją Wielką Brytanię na dużo większe pieniądze, unikając płacenia podatków. O tym tabloidy milczą – uśmiecha się Richard.

Na początku 2011 r. czołówki gazet krzyczały: „English Defence League może zostać partią polityczną”. Organizacja, z którą – według Peppiatta - sympatyzował „Daily Star” nigdy nie miała żadnego programu prócz walki islamem. „Guradian” wykazał, że EDL wspierają ci sami przedsiębiorcy, którzy łożą na ruchy faszystowskie. – Gdy dowiedziałem się, że ten ruch zamierza  startować w wyborach powiedziałem sobie „enough is enough”. Pomyślałem wtedy sobie czy to samo nie działo się przypadkiem w latach 20. i 30. w Niemczech, kiedy gazety puszczały karykatury Żydów z długimi nosami? Przecież dziennikarze musieli to sobie jakoś uzasadaniać... Ile można? A co, jeśli wybuchną zamieszki i ktoś straci życie? – mówi Peppiatt, który 28 lutego 2011 r. złożył wymówienie i napisał sążnisty list do Richarda Desmonda, właściciela „Daily Star”, „OK!” i telewizji Five.

„Nie potrafię wymazać z historii tego, że jako młody pismak, chcąc udowodnić własną wartość ochoczo rzuciłem się w wir pracy „Daily Star”. Na rozkaz szefów przebierałem się za Johna Lennona, wampira, Meksykanina, Noela Gallaghera, Św. Jerzego (dwukrotnie),  Św. Mikołaja, Aleksandra Surykatkę, Stiga oraz transwestytę Aleksa Reida (…) Może słyszał pan powiedzenie >>Trzepotanie skrzydłami motyla w Brazylii może wywołać tornado w Teksasie<>Kłamstwa gazety w Londynie mogą sprawić, że gdzieś na ulicy w Bradford chłopakowi utną głowę<

- Naprawdę nie było wyjścia? Nie mogłeś przejść do lepszej gazety? W końcu masa brytyjskich dziennikarzy zaczynała w żółtej prasie, ale z czasem przeniosła się do szanowanych tytułów – pytam.

- To złudzenie pękło jako jedno z pierwszych. Kiedyś miejsc pracy w gazetach było dużo więcej i takie ścieżki były możliwe. Dziś tabloidy oddziela od reszty rynku wyraźna linia demarkacyjna – tłumaczy dziennikarz, który dziś jeździ po kraju z własną sztuką „One rogue reporter” (w luźnym tłumaczeniu „Jakiś reporter-oszust”) opowiadającą o jego przygodach z dziennikarstwem. Jej tytuł nawiązuje do tego, jak koncern News Corp. tłumaczył się, gdy wyszło na jaw, że jego brytyjskie brukowce włamywały się na pocztę głosową ludzi. Jego prawnicy twierdzili, że to nie jest żadna praktyka, lecz działania jakiegoś reportera-oszusta.

Po złożeniu wymówienia Richard Peppiatt poinformował „Guardian”. Był poniedziałek, ale materiał o tym ukazał się dopiero w piątek. Nikt poza pracodawcą dziennikarza i „Guardianem” nie wiedział o tym, że reporter złożył wymówienie. Nie wiedział też o tym, w jaki sposób to się odbyło. Ale zaczęły się anonimowe pogróżki. – Nie miałem najmniejszych wątpliwości co do tego skąd pochodzą. Bałem się, że moja gazeta przekaże mój numer telefonu i adres EDL, żeby nie karać mnie własnoręcznie. Dziś wiem, że EDL nie miała z tym nic wspólnego, ale pogróżki, które dostawałem były na tyle niepokojące, że poprosiłem moją dziewczynę, żeby się wyprowadziła na jakiś czas. Zgłosiłem się na policję. Kilka dni po mojej rezygnacji, ale jeszcze przed publikacją tekstu w „Guardianie” jeden z redaktorów napisał do mnie email, w którym wspomniał o wizycie lekarskiej, na którą byłem umówiony. Dla mnie to był sygnał, że redakcja czyta moje maile – opowiadał jesienią 2011 r. na przesłuchaniu przed komisją Levesona, która badała aferę podsłuchową. Pocztę głosową na komórkach podsłuchiwali pracownicy należącego do Murdocha brytyjskiego brukowca "News of The World", łamiąc prawo i wszelkie dziennikarskie standardy. Skala podsłuchów była ogromna - wśród kilku tysięcy ofiar byli politycy, sportowcy, celebryci czy rodziny żołnierzy zabitych w Afganistanie. Do tego dziennikarze korumpowali policję i urzędników państwowych, żeby zdobyć informacje.

fot. Google  Images (kolaż)

To największy skandal w powojennej historii mediów w Wielkiej Brytanii. Redakcje będą borykać się z jego skutkami jeszcze przez wiele lat, w tym te poważne, które nie zrobiły nic złego. W brytyjskiej prasie, która do tej pory polegała na systemie samoregulacji, może zacząć działać system regulacji ustawowej. Wielu wydawców wierzy w to, że to poważnie ograniczy zdolność gazet do kontrolowania władzy. A są i tacy, którzy w komisji Levesona widzą wręcz spisek władzy, która chce wykończyć gazety. – Nie wiem, co się dzieje w tym kraju! Policja już w ogóle nie chce rozmawiać z dziennikarzami – lamentuje jeden z dużych brytyjskich wydawców podczas prywatnej rozmowy. Opowiada, jak ostatnio odwiedzał swoją matkę, a ta nagle zapytała:

- Czy ty tam, w tym Londynie jeszcze masz z kim rozmawiać?

- Jasne. A czemu pytasz?

- Bo wygląda na to, że większość twoich kumpli siedzi za kratkami – stwierdziła kobieta.

- Możesz się śmiać, ale naprawdę jest coś szalenie niepokojącego i nieprzyjemnego w tym, że 25 procent… Nie, 50 procent dawnego działu wiadomości dziennika „Sun” jest teraz w areszcie – wyznaje mój rozmówca. Naprawdę? Jak to? Jeśli robili to, co robili, to areszt jest dla nich jedynym właściwym miejscem, przecież oni tylko kompromitują dziennikarstwo. Richard Peppiatt jest ostrożny w ocenach kolegów i przypomina, że większość z nich ma rodziny i spłaca kredyty, ale sam nie chciał być częścią tego przemysłu.

- Cudzoziemcy. Gdy przyjeżdżają, są zdumieni tym, jak agresywne i brutalne są brytyjskie tabloidy. Powtarzają to, pytają o to. To prawda, ale oni nie mogą zrozumieć tego, że przez całe dekady to jakoś działało – tłumaczy wydawca.

niedziela, 10 lutego 2013

"Drogi mieszkańcu! Mamy dwie sale telewizyjne wyposażone w odtwarzacze DVD i sprzęt muzyczny, aby w miarę dużo naszych gości mogło kultywować swoje zainteresowania i wspólnie spędzać czas. Informujemy jednak, że jeśli posiadasz jakikolwiek inny sprzęt umożliwiający odbiór programów telewizyjnych, jak np. telewizor, komputer, tablet czy telefon komórkowy jesteś zobowiązany do uregulowania opłaty abonamentowej na rzecz mediów publicznych" - tak administracja mojego akademika przypomniała mi, że jestem w cywilizowanym kraju, w którym łożenie na media publiczne jest obowiązkiem każdego szanującego się obywatela. 

W zamian ten obywatel dostaje m.in. "Top Gear" i "Sherlocka'', ale także wspaniały serial dokumentalny "Great British Railway Journeys", kretyński reality-show "Totalni wymiatacze" oraz mydlaną gumę do żucia ciągnącą się od 1985 r. pt. "EastEnders". A do tego BBC nieustająco przeprasza swoich widzów (od kilku miesięcy bije się w pierś za to, że odłożyła na półkę reportaż o swoim zmarłym gwiazdorze-pedofilu, a krótko potem przez pomyłkę oskarżyła o pedofilię byłego prominentnego działacza konserwatystów). - Jej zdolność samobiczowania jest poza konkurencją - powiedział podczas wykładu na Uniwersytecie Oksfordzkim Gavyn Davies, były szef BBC Trust (odpowiednika rady nadzorczej BBC). Mimo to, a może m.in. dlatego, Anglicy pokornie oddają mediom publicznym 145,5 swoich ciężko zarobionych funtów rocznie. Łącznie w zeszłym roku BBC dostała od nich 3,6 mld funtów.

Michael Portillo, prowadzący "Great British Railway Journeys" (zdjęcie za BBC.co.uk)

Michael Portillo, prowadzący

 Chciałem być uczciwy. Nie mam wprawdzie w moim pokoju telewizora, ale jestem otoczony ekranami komputera, tableta i smartfona. Na każdym z nich oglądam BBC iPlayer, a więc korzystam z czegoś, co opłaciły 25 mln brytyjskich domostw. Zapytałem w administracji akademika, gdzie mam zapłacić abonament. - Cóż... Myślę, że najlepiej będzie pójść na pocztę - stwierdził kierownik po dłużej chwili namysłu. Na poczcie usłyszałem, że nie zajmuje się abonamentem [od kilku lat zajmuje się tym prywatna firma Capita Group, która wygrała konkurs], ale mam zajrzeć do sklepu z gazetami dwie przecznicę dalej. Na sprzedawcy w sklepie moja wizyta zrobiła niezatarte wrażenie.

- Tak, przyjmuję opłaty abonamentowe. Proszę o kartę - powiedział.

- Jeszcze nie mam karty. Jestem tu nowy - powiedziałem. Sprzedawca skinął głową.

- To proszę o list z wezwaniem do zapłaty - zaordynował.

- Nie mam listu.

- To co pan ma?

- Nic. 

- Jak to, „nic”? To czemu pan chce im cokolwiek płacić? - dociekał.

- Nooo... Bo tak trzeba - tłumaczyłem. - Choć nie mam telewizora, mam komputer i oglądam...

- Coś panu powiem - przerwał mi tłumiąc uśmiech. - Niech pan nic nie płaci, dopóki od pana tego nie zażądają. Ogólnie rzecz ujmując, taka jest moja rada dla pana na przyszłość - dodał.

Byłem uparty. Poszedłem do rozgłośni radiowej BBC Oxford. Gdzie jak gdzie, ale tam muszą wiedzieć, jak mam zapłacić ten cholerny abonament. - Nie mam pojęcia! To niesamowite, pierwszy raz coś takiego mi się przydarza, najdroższy! - zawołała starsza pani na recepcji. - Ale nie chcę, żebyś wyszedł stąd z przekonaniem, że nie jesteśmy pomocni - oznajmiła i złapała za słuchawkę. Dzwoniła do działu technicznego, księgowości i do biura informacji BBC w Londynie, gdzie, szczerze mówiąc, mogłem zadzwonić sam. W końcu przekazała mi numer telefonu na infolinię 0-300 790 6130, z której dowiedziałem się, że... nie muszę płacić abonamentu.

Sherlock i Dr Watson, czyli Benedict Cumberbatch i Martin Freeman (zdjęcie za BBC.co.uk)

Benedict Cumberbatch i Martin Freeman, czyli Sherlock i Dr Watson

 - Jeśli ogląda pan tylko BBC iPlayer, który jest bazą nagranych programów, nie musi pan niczego płacić - powiedziała stanowczym głosem pani po drugiej stronie kabla. - Dopiero, gdy ogląda pan telewizję online na żywo, w czasie rzeczywistym, podlega pan obowiązkowi abonamentowemu.

Ta sama pani uzupełniła, że gdybym jednak oglądał BBC na żywo przez internet, musiałbym płacić 25 funtów miesięcznie, czyli tyle samo, co za oglądanie na telewizorze (za rok z góry byłoby to tylko 145,5 funtów). To połowa miesięcznego biletu autobusowego w Oksfordzie albo co najmniej tydzień obiadów w college’u. W myślach przeliczałem te pieniądze na różne inne przyjemności, gdy usłyszałem pytanie: - Czy ogląda pan BBC online na żywo?

- Nie - odpowiedziałem. I odłożyłem słuchawkę.

„BBC iPlayer za darmo? Ale czad! Przecież oni tam reklam nie nadają!” - cieszyłem się jako widz. Po chwili sam sobie przerwałem jako dziennikarz ekonomiczny: „Jaki to ma sens dla BBC?”

Dowiedziałem się podczas wykładu Gavyna Daviesa. Ten były szef rady nadzorczej BBC, były partner Goldman Sachs, absolwent (a jakże!) Oksfordu, a obecnie multimilioner i autor bloga o makroekonomii na stronie internetowej „Financial Times” przyjechał do Oksfordu na zaproszenie Instytutu Reutera oraz Saïd Business School. - W 1997 r. Gavyn wraz z Andrew Grahamem wydał broszurę pt. „Broadcasting, society and policy in the multimedia age” o finansowaniu mediów publicznych. To, co tam zalecił jest wdrażane do tej pory - powiedział w słowie wstępnym lord Patten, były gubernator Hongkongu, a obecnie rektor Oksfordu i szef rady nadzorczej BBC. Istotę brytyjskich mediów publicznych Davies określa w bardzo prosty sposób: świadczą takie usługi, których zorientowany na zysk wolny rynek świadczyć nie może. - Dziś widownia dostaje wiele płatnych jakościowych treści. Jeszcze więcej jest treści niskiej jakości dostępnych za darmo. Na razie nikt, oprócz BBC, nie oferuje widzom jakościowych, nieobciążonych poglądami politycznymi treści za darmo. W tym sensie BBC doskonale wypełnia swoje obowiązki - tłumaczy Davies. Konkurencja ostro krytykowała internetową ekspansję BBC za publiczne pieniądze i dowodziła, że to czysta strata. Nic dziwnego, bo niby z czego miałby się finansować taki BBC iPlayer? Gavyn Davies twierdzi, że to nie jest żaden argument. - Na razie jakoś nikt nie mówi, ze służba zdrowia, również nierentowna i nie zawsze efektywna, ma posunąć się i zrobić miejsce dla bardziej sprawnych dostawców prywatnych. Nie opowiadam się w tym przypadku za wolnym rynkiem, lecz za połączeniem gospodarki regulowanej z wolnym rynkiem - podkreśla Davies. Według niego bez silnej odnogi internetowej BBC byłaby dziś anachronizmem, a tak należy do niej 30 proc. rynku serwisów informacyjnych w sieci. - To większy udział niż ten, którym mogą pochwalić się wydawcy wszystkich gazet razem wzięci, co wywołuje zrozumiałą frustrację z ich strony - przyznał Davies.

Brzmi szlachetnie, ale co ze zmianami zwyczajów wśród widzów? A wojny o salon, które toczą producenci telewizorów z producentami innych ekranów zastępujących mi w akademiku telewizor? Co z młodym pokoleniem, które doskonale żyje bez telewizji, ale nie radzi sobie bez internetu? Czy rozdając w takich warunkach BBC iPlayer za darmo brytyjskie media publiczne nie spychają się same na margines? Już podnosiłem rękę, by zadać to pytanie, ale ubiegła mnie pani z uniwersytetu. - Cóż, te obawy są zrozumiałe, ale pomimo wielu zmian technologicznych telewizor utrzymał swoją pozycję w salonach, a ludzie oglądają więcej, a nie mniej telewizji. Telewizory stają się coraz bardziej atrakcyjne, są większe, mają lepszy obraz i potrafią coraz więcej. Nie sądzę, żeby z BBC iPlayer był jakiś problem, bo gdy przygotowywałem się do tego spotkania i przeglądałem dane, byłem zdumiony, jak dużo ludzi ogląda telewizję w bardzo klasyczny sposób - odparł Davies.

„Monopolista i to jeszcze wyjęty spod nadzoru niezależnego regulatora może sobie pozwolić na takie ekstrawagancje” - kwitują brytyjskie media prywatne. Cóż, działalność BBC nie jest regulowana przez Ofcom (odpowiednik polskiej KRRiT), lecz właśnie przez BBC Trust, czyli organ, który łączy funkcje regulatora i rady nadzorczej. Jednak Gavyn Davies broni także tego kontrowersyjnego pomysłu: - Nigdy nie potrafiłem tego ludziom dobrze wytłumaczyć, moja wina. BBC jest bardzo inna od monopoli czy oligopoli nastawionych na zysk i próbujących łączyć interesy akcjonariuszy i oraz odbiorców swoich produktów i usług. W takiej sytuacji są giganci choćby kolejowi, telekomunikacyjni czy banki. Ponieważ komercyjna spółka dba przede wszystkim o akcjonariuszy, do ochrony interesów odbiorców tworzy się regulatorów rynku. W przypadku BBC akcjonariusze i odbiorcy są w istocie tą samą grupa ludzi, a więc zewnętrzny regulator nie jest niezbędny. Zawsze upierałem się, że BBC jest dobrem publicznym.

A więc na trzy miesiące także moim.

niedziela, 27 stycznia 2013

Gibran Peshimam, szef działu politycznego dziennika "The Express Tribune" odebrał telefon od lokalnego reportera z Abbottabadu 2 maja 2011 r., kilkanaście minut po pierwszej w nocy. - Był jakiś wybuch, wyjeżdżam na miejsce, żeby zobaczyć - poinformował krótko.

Peshimam wstrzymał wysyłanie gazety do drukarni. Pakistańskie dzienniki zazwyczaj zamykają wydania o 2-3 w nocy, więc trochę czasu i miejsca na informację o wybuchu jeszcze można było znaleźć. Kilkadziesiąt minut później reporter zadzwonił drugi raz i powiedział, że dzielnicę otoczyło wojsko i nie ma możliwości dostania się na miejsce zdarzenia. - Powiedziałem mu, żeby rozmawiał z ludźmi na miejscu i próbował dowiedzieć się czegokolwiek - mówi Gibran, który zaczął sprawdzać lokalne strony internetowe i czytać Twitter. Tam trafił na relację Sohaiba Athara, informatyka mieszkającego pięć domów dalej od miejsca wybuchu.

"Helikopter krążący nad Abbottabadem o godz. 1 w nocy jest rzadkością" - donosił.

"To podejrzane" - pomyślał redaktor w Karaczi.

A informatyk kontynuował: "Kilka osób w sieci twierdzi, że jeden z helikopterów nie był pakistański".

Reporter z Abbottabadu znowu zadzwonił i powiedział, że nieoficjalnie wojskowi dają do zrozumienia, że doszło do ataku terrorystycznego. "Atak? W Abbottabadzie? Z jakiego powodu?" - głowili się szefowie głównego newsroomu "The Express Tribune" w Karaczi. Czas leciał i kolejne skrawki informacji docierające do redakcji coraz bardziej utwierdzały dziennikarzy w przekonaniu, że sprawa jest poważna. - W pewnym momencie reporter znowu zadzwonił do mnie i powiedział, że na miejsce przyjechało kilka karetek na sygnale, ale żadnej nie udało się przedostać przez wojskowy kordon - wspomina Gibran. - Wtedy już byłem pewien, że wydarzyło się coś dużego.

"A teraz nad Abbottabadem lata samolot…" - tweetował informatyk.

Redakcja uznała, że dłużej z wydaniem nie można zwlekać i gazeta została wysłana do drukarni. Lokalnego korespondenta puszczono do domu. Gibran Peshimam również wrócił do domu, gdzie parzył sobie jedną kawę po drugiej, oglądając rolki z depeszami agencyjnymi i kanały informacyjne. Około trzeciej w nocy wysłał SMS-em pytanie do pracownika biura prasowego pakistańskiego wojska: "Co się dzieje w Abbottabadzie?"

Odpowiedź przyszła po minucie: "Nic".

Nic? A wojskowy rzecznik na bieżąco odpowiada na pytania dziennikarzy o trzeciej w nocy? Gdy Gibran zadzwonił do niego, żeby to powiedzieć, usłyszał, że jutro odbędzie się konferencja prasowa. Tak, o tym, że nic się nie wydarzyło.

Tej nocy spał tylko przez godzinę. Gdy znowu włączył CNN, dowiedział się, że Biały Dom zwołał konferencję prasową na godz. 22:30 czasu amerykańskiego, czyli 7:30 rano czasu pakistańskiego. – A gdy Barack Obama powiedział, że komandosi zabili Osamę ben Ladena, pognałem do redakcji i od razu zacząłem wysyłać ludzi do Abbottabadu, sobie też wypisałem delegację. Przez kolejne kilka godzin moja komórka urywała się od telefonów z amerykańskich redakcji. Dzwonili z NPR, CNN i kilku innych - wspomina.

Nic się przecież nie stało.

 

Kryjówka lidera Al-Kaidy w Abbottadadzie (za Wikipedią)

Kryjówka lidera Al-Kaidy w Abbottadadzie, za Wikipedią

sobota, 19 stycznia 2013
czwartek, 17 stycznia 2013

- Mieliśmy sporo szczęścia. Śmigło uderzyło w balkon sąsiada, zaledwie kilka metrów od miejsca, w którym staliśmy – napisał na Twitterze Craig Jenner z Londynu. To on, jako jeden z pierwszych opublikował w sieci zdjęcia z wypadku helikoptera, który ok. godz. 8 rano w środę zawadził o dźwig na budowie i runął na ulicę w środku brytyjskiej stolicy. Jenner fotografował z wieżowca obok , z którego otwierał się doskonały widok na ulicę Nine Elm Lane, na której płonęły szczątki maszyny. Fotoreporterzy gazet i agencji informacyjnych potrzebowali co najmniej kilkudziesięciu minut, by dotrzeć na miejsce. Na innym zdjęciu Jennera dobrze widać, że uderzenie śmigła rozcięło metalowe ogrodzenie balkonu jego sąsiada. Drugim bohaterem dnia był Nic Walker, który nakręcił pierwsze wideo z miejsca wypadku. Był tam przed policją , strażą pożarną i ratownikami. To jego oddech słychać na 12-sekundowym filmiku, które zamieściły prawie wszystkie największe media.  Tekstową wiadomość o katastrofie jako pierwsza nadała najprawdopodobniej użytkowniczka Twittera, znana jako Miss Keeno, na co dzień pracownica w firmie doradztwa personalnego. 

Agencje poinformowały o zdarzeniu ok. 15 minut później. Przez kolejne kilka godzin agencje i stacje telewizyjne z całego świata korzystały z materiałów tzw. dziennikarzy obywatelskich. Nie było to pierwsze wydarzenie, które zostało zrelacjonowane przez amatorów przed tradycyjnymi mediami. - Idea dziennikarstwa, która powstała w erze Gutenberga i upowszechniła się XIX i XX wieku zmieniła się. Zwykli użytkownicy internetu potrafią nagrywać własne materiały, szybko je emitować oraz interpretować . Takie są fakty. Pytanie, jak na to odpowiedzieć? – mówił Paul Lewis, szef działu projektów specjalnych i dziennikarz śledczy „Guardiana”. Odpowiedzią jego redakcji jest wdrażana od ponad roku strategia „Digital-first” i rozbudowuje swoją witrynę internetową, tworzy coraz więcej blogów i serwisów tematycznych oraz otwiera się na materiały nadsyłane przez czytelników. Dziś, serwis Guardian.co.uk jest trzecią co do wielkości witryną informacyjną na świecie po serwisach „Daily Mail” oraz „New York Times”. Mimo to gazeta – podobnie jak jej konkurenci - wciąż większość swoich przychodów czepie z reklam w papierowym wydaniu. – W pewnym sensie to nie ma znaczenia, bo to źródło przychodów szybko wysycha – podkreśla Lewis, który wziął udział w seminarium w Instytucie Reutera na Uniwersytecie Oksfordzkim.  Zastrzegł jednak, że nie wierzy w śmierć papierowych gazet. – Na pewno przeżyje choćby część magazynów, wierzę w to, że pozostaną również gazety weekendowe – dodał Paul Lewis, zdobywca British Press Award oraz Bevins Prize za dziennikarstwo śledcze. 

Swoje wystąpienie o mediach społecznościowych zakończył prowokacyjnym pytaniem „Wiadomości bez dziennikarzy?” tylko po to, żeby po chwili stwierdzić, że bez zawodowych reporterów raczej nie da się obejść. Ku radości nie tylko mojej, ale i kolegów z Finlandii, Włoch, Libanu, Pakistanu, Indii, Korei Południowej oraz USA. Choć nie każdy z nich odebrał to pytanie z jednakową powagą. Z pewnością Laura King z „Los Angeles Times”, która od ponad 10 lat jeździ z wojny na wojnę odczuwa to inaczej niż Gibran Peshimam, szef działu politycznego „The Express Tribune” z Pakistanu. „Los Angeles Times” trafiła w ręce magnata nieruchomościowego, który nie ma pojęcia o mediach, ale deklarował, że uratuje słabnący tytuł. Jego menedżerowie zaczęli od wprowadzenia spółki w stan upadłości, zmniejszenia objętości gazety, zamykania dodatków i zwolnień. Kolega, który w zeszłym roku był w „LA Times” opowiadał, że zgubił się szukając toalety, a na piętrze nie było nikogo, by zapytać o drogę. Z kolei „The Express Tribune” z Karachi o takich problemach słyszała najwyżej od swego zachodniego partnera – „International Herald Tribune”. Powstała dwa lata temu i od tej pory wyłącznie rośnie oraz zatrudnia ludzi (a do zaprojektowania szaty graficznej ściągnęła Jacka Utko, twórcę makiety m.in. „Pulsu Biznesu”). 

W dobie nowych mediów cykl produkcji newsa nieodwracalnie się zmienił. Samo pojęcie deadline’u, czyli terminu oddania materiału do publikacji przestaje obowiązywać. Wymogiem staje się wyprzedzenie konkurencji, nadążanie za tym, co dzieje się u i teraz. Paul Lewis twituje z sądów natychmiast po ogłoszeniu wyroku, odkąd w brytyjskich sądach dziennikarze mogą wnosić na rozprawy komórki i laptopy. – Porozmawiajcie z weteranami zawodu, opowiedzą wam, jak po wydarzeniu szli do pubu się napić zanim zaczynali pracę nad materiałem. Ich historie mnie onieśmielają – mówił Lewis.

- Naprawdę? Nie wyglądasz na onieśmielonego – wtrącił 66-letni John Lloyd, korespondent „Financial Times” w Europie Środkowej i Wschodniej, który prowadził seminarium jako wykładowca Instytutu.

 

Od lewej: John Lloyd i Paul Lewis

Od lewej: John Lloyd i Paul Lewis

środa, 16 stycznia 2013

Dziś dostałem taki list od sąsiada zza ściany:

Vadim,

A friend left some free food in 'our' freezer space without telling me exactly what. Not being used to sharing this space, I realized that I might have been eating some of your food! Sorry, dude, if I did this. Let me know.

Happy Wednesday,

Tom

Tom jest uroczym chłopakiem z Waszyngtonu i był pierwszą osobą, którą spotkałem w akademiku, gdy przyjechałem. To on oprowadzał mnie po budynku i pokazywał co i jak działa. To Tom pokazał mi moje szafki w kuchni oraz półki w lodówce i zamrażarce.

Dla ciekawskich: nie zjadł przez pomyłkę nic mojego :)

11:11, vadim.makarenko
Link
wtorek, 15 stycznia 2013

Mówimy „Oksford", myślimy „stary". Balliol, Corpus Christi, All Souls czy Christ Church - należą do najstarszych college’ów na Oksfordzie i ilekroć ktoś wymawia nazwę uniwersytetu, to właśnie ich mury stają przed oczyma większości ludzi. Green Templeton College, do którego należę, jest najmłodszym na uczelni, bo powstał w 2008 r. m.in. dzięki pieniądzom rekina świata finansów oraz założyciela potęgi na rynku procesorów - Johna Templetona i Cecila Greena. Pierwszy stworzył fundusze Templeton Growth (dziś są częścią Franklin Templeton Investments), które zarobiły krocie na japońskich spółkach. Drugi założył Texas Instruments, potęgę na rynku półprzewodników. Green i Templeton zaczynały jako dwa osobne college’e, ale połączyły się w 2008 r. Dlatego do Green Templeton College należą adepci medycyny, zarządzania i biznesu, nauk społecznych oraz dziennikarstwa. - Jak wiele innych uczelni z wielką tradycją, również nasza stosunkowo późno doceniła rolę edukacji biznesowej - przyznaje sir David Watson, dyrektor college’u. 

Mimo młodego wieku college należy do najładniejszych w Oksfordzie, wszyscy tak mówią (no dobra, wszyscy ci, którzy nie należą do konkurencyjnych). To na jego terenie mieści się słynne Radcliffe Observatory - jedno z trzech największych obserwatoriów w Wielkiej Brytanii. Dziś teleskop zajmuje tam ostatnie piętra, a na pierwszych dwóch mieszczą się jadalnia i salon. College zerwał z tradycją i podczas posiłków nie sadza swoich wykładowców na podium, lecz na równi ze studentami. Do ich dyspozycji pozostaje natomiast osobny pokój, w którym mogą jadać wraz ze swoimi gośćmi. Właśnie tam naszą dziennikarską grupę zaprosił na obiad sir David. Po obiedzie zaprowadził nas do salonu, piętro wyżej, gdzie członkowie uczelni i ich goście mogą usiąść w wygodnych głębokich fotelach przed kominkiem, napić się kawy i przeczytać gazetę. 

Green Templeton College skupiający głównie studentów podyplomowych i doktorantów jest także mieszanką wielokulturową. Dziś ma ponad 500 studentów z 45 krajów, a Brytyjczycy „stanowią w śród nich zdecydowaną mniejszość", jak to określił skarbnik Mike Dudley. „College, który pozwoli Oksfordowi wkroczyć w przyszłość" - tak o tym miejscu mówi uczelnia w swoich materiałach reklamowych. Jednak powiedzieć, że Green Templeton College nie ma swojej historii byłoby nie fair. To do niego należy siedziba mojego Reuters Institute for the Study of Journalism. Dawniej w tym uroczym domu z wiktoriańskiej epoki mieszczącym się tuż przy Ogrodach Norham mieszkał wraz z rodziną sir Richard Doll, znany epidemiolog i jeden z ojców-założycieli college’u. Przeszedł do historii, gdy jako pierwszy na świecie udowodnił, że palenie wywołuje raka płuc. Jego badania trwały 50 lat, a część z nich przebiegała w znajdującym się nieopodal szpitalu Radcliffe Infirmary. W tym samym, w którym w 1941 r. po raz pierwszy w historii pacjentom podano penicylinę.

- Niezwykły człowiek. Jeszcze na kilka miesięcy przed śmiercią prowadził badania naukowe - zaznacza szef Green Templeton. Richard Doll zmarł w lipcu 2005 r., w wieku 92 lat.

1 , 2 , 3 , 4 , 5