Piszę
Tweetuję
Słucham

RSS
niedziela, 13 stycznia 2013

Przysposobienie biblioteczne w instytucie, koledżu i na wydziale, szkolenie informatyczne w tych samych miejscach. Konta, hasła, protokoły… Poza wiedzą ta wspaniała uczelnia obciąża swoich studentów taką masą papierów z instrukcjami, opisami procedur i procesów, że nawet Harry Potter by się pogubił, a co dopiero dziennikarze.

Co z tego, że byli na wojnach, robili wywiady z prezesami i noblistami, opisywali trendy rynkowe, zabójstwa premierów i korupcję? I tak po godzinnym szkoleniu w Bodleian Library nie byli w stanie połapać się, jak działa tutejszy system zamawiania książek. - Ty, o co chodzi z tym Swindon? Kompletnie nie rozumiem, skąd się ono nagle wzięło i dlaczego książki jadą aż stamtąd - wyznał kolega z Włoch podczas piątkowego piwa. Swindon leży 30 mil od Oksfordu, w hrabstwie Wiltshire. Od dwóch lat Bodleian Library trzyma tam sporą część swego księgozbioru, o czym Anna, prowadząca w tej szacownej instytucji szkolenia dla studentów, zapomniała powiedzieć. - Weźcie pod uwagę, że czasem na książki ze Swindon czeka się 3-4 dni - zaznaczyła jedynie. Bodleian działa od 1602 r. i dodaje do swojej kolekcji tysiąc nowych pozycji dziennie, więc nie mogła nie zderzyć się z problemem braku miejsca. Rozrastała się i przejmowała okoliczne budynki, ale kiedyś to musiało się skończyć. Do magazynu w Swindon, który kosztował 26 mln funtów, przeniesiono - według dziennika "Guardian" - ponad 8 mln najrzadziej zamawianych tomów. To ciekawe, że taki gigant nie rozdaje pierwszakom nawet mapki z oznaczeniem wejść i działów, których trochę ma. 

Ze szkolenia informatycznego nie udało się wiele wynieść. Chris, spec z wydziałowego IT, przechadzał się dzielnie między dziennikarzami próbującymi aktywować swoje konta w systemie i od czasu do czasu udzielał jednej i tej samej cennej wskazówki: "Zrestartuj swój laptop". Ku mojemu zaskoczeniu działała w 90 proc. przypadków. Gdy jednak i to zawodziło, padała druga: "Zadzwoń do uniwersyteckiego centrum pomocy, na wydziale się tym nie zajmujemy". Usłyszałem to, gdy okazało się, że uniwersytet nie ma jeszcze oprogramowania szyfrującego (tak, tak, połączenie prywatnego komputera z uczelnianą siecią musi być szyfrowane) dla mojej wersji systemu operacyjnego. Bez niego nie mógłbym wejść do systemu, czyli nie mógłbym zamawiać książek w bibliotece, co jeszcze jakoś dałoby się przeżyć. Gorzej, że nie mógłbym zamówić także obiadów w koledżu. Na całe szczęście Oksford, podobnie jak większość szanujących się europejskich uczelni, należy do konfederacji eduroam, do której należy także moja Alma Mater - UW. W efekcie wszystkie moje urządzenia same podłączyły się do sieci już pierwszego dnia. 

Trochę wprowadzeń, aktywacji oraz aktywacji do aktywacji wciąż mam przed sobą. - Zanim człowiek wyrobi sobie wszystkie hasła, uprawnienia i karty, już musi się stąd zabierać - stwierdziła ze śmiechem Kate z administracji Instytutu.

12:37, vadim.makarenko
Link
piątek, 11 stycznia 2013

- Powiedziałabym, że to solidna oksfordzka infekcja, ale obstawiam, że w pańskim przypadku przyjechała z Warszawy - powiedziała dr Sarah Ledingham, gdy już zapoznała się z moją listą narzekań i krótką notą biograficzną. I dodała: - Sama minie. 

Siedząc w gabinecie, przy Beaumont Street 27, zasmarkany od ucha do ucha patrzyłem na nią z niedowierzaniem. "Sama minie?" Lewe ucho prawie nie słyszy, prawe - niewiele lepiej. Zatoki są gotowe eksplodować. A na wręczonej przez lekarkę kartce papieru przeczytałem: "Paracetamol". "Ach, to tak ćwiczy się tu sztywną górną wargę!'' - powiedziałem sobie, a pani doktor jakby usłyszała moje myśli. - Powiedziałabym, żeby pan nie zwracał na to uwagi, ale nie będę tego mówiła, bo wiem, że przez najbliższe kilkanaście tygodni będzie pan bardzo zajęty - ciągnęła. O tak, zajęć mam co nie miara i to niekoniecznie takich, jakich się spodziewałem. 

Lekcja pierwsza: założenie konta w banku. Sądziłem, że zajmie mi to jeden dzień, ale minęły już cztery, a konta jak nie miałem, tak nie mam. Barclays, Lloyds TSB, HSBC, Santander odesłały mnie z kwitkiem. Ich pracownicy sprawiali wrażenie szczęśliwych, gdy wpadałem do oddziałów, ale uśmiechy szybko zastępowało rozczarowanie, gdy okazywało się, że mój pobyt ma trwać trzy miesiące. Okazuje się, że pół roku - to najkrótszy okres posiadania rachunku bankowego w Wlk. Brytanii przez cudzoziemca. Nikt nie mógł wytłumaczyć dlaczego, ciągle słyszałem tylko "zasady", "bezpieczeństwo" itp. W końcu pracownik Barclays postanowił, że będzie ze mną szczery: - Trzy miesiące? To po co panu konto? 

Pozdrawiam jego i cały Barclays Bank, kochający Libor

Dopiero NatWest tchnął we mnie trochę wiary w kapitalizm. - Naprawdę? Nie musimy wiedzieć, że będzie pan z nami tylko trzy miesiące. W pewnym momencie środki po prostu przestaną wpływać na konto i ono wygaśnie - powiedziała pracownica NatWest puszczając do mnie oko. (Maciek Samcik, czy mógłbyś przyznać im jakąś swoją nagrodę? Np. tytuł najbardziej miłego dla cudzoziemców banku zagranicznego) Jednak również NatWest potrzebuje do otwarcia rachunku tygodnia, podczas gdy inne banki od razu rezerwują sobie dwa. Jakim cudem to tyle zajmuje? Nigdy nie przepadałem za polską bankowością, ale - że użyję anglicyzmu - w porównaniu z tutejszą ona lśni. 

Lekcja druga: łączność. Już kilka ładnych lat temu wypowiedziałem roamingowi małą prywatną wojnę. Komisja Europejska poskromiła nieco apetyty operatorów, ale i tak uważam, że nie dodusiła ich do końca. Dlatego nawet gdy wyjeżdżam za granicę na tydzień, kupuję karty pre-paid w lokalnych sieciach. A pod tym względem w Anglii jest w czym wybierać. Wybrałem sieć 3, którą zbudował Hutchison Whampoa, konglomerat przemysłowy z Hongkongu. Ale mniejsza z nim, bo kto nie dałby się nabrać na hasło ''all-you-can-eat'' data plan? A do tego 300 minut i 3000 SMS-ów za 15 funtów miesięcznie? Ja się dałem, ale jeszcze tego samego dnia okazało się, że internet ma ograniczenia, bo działa wyłącznie w sieci 3G, co w 8 godzin wyczerpuje baterię mojego telefonu. Do tego zasięg sieci 3 w moim akademiku jest symboliczny. Pytałem w salonie, przed zakupem karty, jak będzie z odbiorem. Ekspedientka parsknęła śmiechem: - Zasięg? Jest wszędzie. No, chyba że wybiera się pan tam, gdzie diabeł mówi dobranoc.

środa, 09 stycznia 2013

Do dziś słyszę te słowa od ludzi, którym mówię, że wyjechałem do Oksfordu, choć ostatni odcinek tego programu edukacyjno-rozrywkowego TVP 1 wyemitowała 12 lat temu. Jego autorką i prowadzącą była Izabella Dukaczewska-Oleś. Zaczynała go jako poradnik orientacji zawodowej dla młodzieży prezentujący placówki edukacyjne, ale stopniowo zamieniła w show z prawdziwego zdarzenia, z publicznością w studiu, muzyką na żywo i lożą jurorów, których znamy dziś z zagranicznych widowisk w rodzaju „Must Be the Music" czy „Mam talent". W tamtym jury pojawiali się m.in. Grzegorz Miecugow i Monika Olejnik.


Jednak swoją popularność „Jeśli nie Oxford, to co?.." zawdzięczał nie tylko tym prostym - jak na dzisiejszy telewizyjny świat - sztuczkom. Na początku lat 90. wyższe wykształcenie w Polsce było czymś dużo bardziej elitarnym niż dziś, a na studia trzeba było zdawać egzaminy wstępne. Tymczasem uczestnicy programu mogli indeks prestiżowej polskiej uczelni po prostu… wygrać, dlatego castingi przyciągały tysiące osób. W ciągu dziesięciu lat program Dukaczewskiej-Oleś wyprodukował jakąś setkę szczęśliwych studentów. - Do dziś spotykam moich laureatów, którzy pracują w przeróżnych branżach. Część z nich do tej pory wysyła do mnie kartki - mówi autorka. Tuż po rozmowie z nią spotkałem się z jednym z nich w naszej redakcji (ale nie chciał się tym chwalić, więc nie będę podawał tu jego nazwiska).

Poza tytułem o University of Oxford w programie nie było ani słowa. Ta legendarna uczelnia wówczas pozostawała praktycznie poza zasięgiem Polaków. „Skoro nie ma co marzyć o Oksfordzie, to co nam zostaje?" - sugerował tytuł, który w  wewnętrznym konkursie wymyśliła jedna z pracownic redakcji programu „Telewizja nocą”. - Oksford był bardzo znaną uczelnią, ale nie mieliśmy wtedy takich możliwości, tak dużo osób nie wyjeżdżało za granicę - wspomina Izabella Dukaczewska-Oleś. Razem zastanawialiśmy się, jaki tytuł jej program mógłby mieć dziś. Wyższe wykształcenie jest dużo bardziej dostępne, na rynku działają tysiące uczelni prywatnych, a i Uniwersytet Oksfordzki jest czymś dużo bardziej dostępnym niż kiedyś, nawet w regatach wioślarskich Oksford przeciwko Cambridge udział bierze Polak. Studia na Oksfordzie już nie leżą poza zasięgiem, są do zrobienia. A skoro tak, to może lepszym tytułem byłby „A właśnie że Oksford!” albo „Tylko Oksford”?

Jak sądzicie?

wtorek, 08 stycznia 2013

Przez najbliższe trzy miesiące będą pisał z Oksfordu. Nie będą to doniesienia ze świata mediów i marketingu. Nie będzie też głębokich spostrzeżeń z wykładów i seminariów odbywających się na jednej z najstarszych i najbardziej znanych uczelni na świecie. Na to wszystko jeszcze przyjdzie kiedyś czas. Teraz będę chciał podzielić się z wami moim pamiętnikiem z podróży.

Ślęczę tu nad pracą naukową, a że dostałem stypendium, to nie mogę pracować zawodowo i pisać do mojej gazety. Nie mogę też relacjonować zajęć, które odbywają się na uniwersytecie - wyjaśniono mi, że są one własnością intelektualną, za którą studenci (albo ich sponsorzy) płacą niemałe pieniądze. Pozostaję jednak dziennikarzem, dlatego będę próbował znaleźć jakiś sposób na to, żeby i wilk był syty, i owca cała.

Powrót na studia jest fajnym przeżyciem. Oderwać się od pracy w redakcji dziennika, zamiast 30 artykułów przygotować jeden, zamieszkać w akademiku i w ciągu jednego dnia poznać tłum ludzi z różnych zakątków świata - bezcenne. Szkoda, że mam na to tylko trzy miesiące, czyli trochę więcej niż wakacje w szkole. Taki oksfordzki przecinek, po którym szybko następuje ciąg dalszy, czyli powrót do rutyny. Taka moja Oxford comma. Prawdziwa Oxford comma też istnieje - to przecinek stawiany przed spójnikiem. W staropolskim zdaniu "Lasy, pola, góry i doły" w większości języków nie ma przecinka przed "i". Ale w pracy naukowej na Oksfordzie to zdanie miałoby wyglądać tak: "Lasy, pola, góry, i doły".

Oxford comma pozwala uniknąć nieścisłości - twierdzą jej zwolennicy. Większość jednak robi sobie z niej jaja, jak np. chłopaki z Vampire Weekend.



Albo jeden z moich ulubionych serwisów satyrycznych, The Onion.

 

Ja też postaram się traktować mój oksfordzki przecinek z dystansem.

1 , 2 , 3 , 4 , 5