Piszę
Tweetuję
Słucham

RSS
niedziela, 27 stycznia 2013

Gibran Peshimam, szef działu politycznego dziennika "The Express Tribune" odebrał telefon od lokalnego reportera z Abbottabadu 2 maja 2011 r., kilkanaście minut po pierwszej w nocy. - Był jakiś wybuch, wyjeżdżam na miejsce, żeby zobaczyć - poinformował krótko.

Peshimam wstrzymał wysyłanie gazety do drukarni. Pakistańskie dzienniki zazwyczaj zamykają wydania o 2-3 w nocy, więc trochę czasu i miejsca na informację o wybuchu jeszcze można było znaleźć. Kilkadziesiąt minut później reporter zadzwonił drugi raz i powiedział, że dzielnicę otoczyło wojsko i nie ma możliwości dostania się na miejsce zdarzenia. - Powiedziałem mu, żeby rozmawiał z ludźmi na miejscu i próbował dowiedzieć się czegokolwiek - mówi Gibran, który zaczął sprawdzać lokalne strony internetowe i czytać Twitter. Tam trafił na relację Sohaiba Athara, informatyka mieszkającego pięć domów dalej od miejsca wybuchu.

"Helikopter krążący nad Abbottabadem o godz. 1 w nocy jest rzadkością" - donosił.

"To podejrzane" - pomyślał redaktor w Karaczi.

A informatyk kontynuował: "Kilka osób w sieci twierdzi, że jeden z helikopterów nie był pakistański".

Reporter z Abbottabadu znowu zadzwonił i powiedział, że nieoficjalnie wojskowi dają do zrozumienia, że doszło do ataku terrorystycznego. "Atak? W Abbottabadzie? Z jakiego powodu?" - głowili się szefowie głównego newsroomu "The Express Tribune" w Karaczi. Czas leciał i kolejne skrawki informacji docierające do redakcji coraz bardziej utwierdzały dziennikarzy w przekonaniu, że sprawa jest poważna. - W pewnym momencie reporter znowu zadzwonił do mnie i powiedział, że na miejsce przyjechało kilka karetek na sygnale, ale żadnej nie udało się przedostać przez wojskowy kordon - wspomina Gibran. - Wtedy już byłem pewien, że wydarzyło się coś dużego.

"A teraz nad Abbottabadem lata samolot…" - tweetował informatyk.

Redakcja uznała, że dłużej z wydaniem nie można zwlekać i gazeta została wysłana do drukarni. Lokalnego korespondenta puszczono do domu. Gibran Peshimam również wrócił do domu, gdzie parzył sobie jedną kawę po drugiej, oglądając rolki z depeszami agencyjnymi i kanały informacyjne. Około trzeciej w nocy wysłał SMS-em pytanie do pracownika biura prasowego pakistańskiego wojska: "Co się dzieje w Abbottabadzie?"

Odpowiedź przyszła po minucie: "Nic".

Nic? A wojskowy rzecznik na bieżąco odpowiada na pytania dziennikarzy o trzeciej w nocy? Gdy Gibran zadzwonił do niego, żeby to powiedzieć, usłyszał, że jutro odbędzie się konferencja prasowa. Tak, o tym, że nic się nie wydarzyło.

Tej nocy spał tylko przez godzinę. Gdy znowu włączył CNN, dowiedział się, że Biały Dom zwołał konferencję prasową na godz. 22:30 czasu amerykańskiego, czyli 7:30 rano czasu pakistańskiego. – A gdy Barack Obama powiedział, że komandosi zabili Osamę ben Ladena, pognałem do redakcji i od razu zacząłem wysyłać ludzi do Abbottabadu, sobie też wypisałem delegację. Przez kolejne kilka godzin moja komórka urywała się od telefonów z amerykańskich redakcji. Dzwonili z NPR, CNN i kilku innych - wspomina.

Nic się przecież nie stało.

 

Kryjówka lidera Al-Kaidy w Abbottadadzie (za Wikipedią)

Kryjówka lidera Al-Kaidy w Abbottadadzie, za Wikipedią

sobota, 19 stycznia 2013
czwartek, 17 stycznia 2013

- Mieliśmy sporo szczęścia. Śmigło uderzyło w balkon sąsiada, zaledwie kilka metrów od miejsca, w którym staliśmy – napisał na Twitterze Craig Jenner z Londynu. To on, jako jeden z pierwszych opublikował w sieci zdjęcia z wypadku helikoptera, który ok. godz. 8 rano w środę zawadził o dźwig na budowie i runął na ulicę w środku brytyjskiej stolicy. Jenner fotografował z wieżowca obok , z którego otwierał się doskonały widok na ulicę Nine Elm Lane, na której płonęły szczątki maszyny. Fotoreporterzy gazet i agencji informacyjnych potrzebowali co najmniej kilkudziesięciu minut, by dotrzeć na miejsce. Na innym zdjęciu Jennera dobrze widać, że uderzenie śmigła rozcięło metalowe ogrodzenie balkonu jego sąsiada. Drugim bohaterem dnia był Nic Walker, który nakręcił pierwsze wideo z miejsca wypadku. Był tam przed policją , strażą pożarną i ratownikami. To jego oddech słychać na 12-sekundowym filmiku, które zamieściły prawie wszystkie największe media.  Tekstową wiadomość o katastrofie jako pierwsza nadała najprawdopodobniej użytkowniczka Twittera, znana jako Miss Keeno, na co dzień pracownica w firmie doradztwa personalnego. 

Agencje poinformowały o zdarzeniu ok. 15 minut później. Przez kolejne kilka godzin agencje i stacje telewizyjne z całego świata korzystały z materiałów tzw. dziennikarzy obywatelskich. Nie było to pierwsze wydarzenie, które zostało zrelacjonowane przez amatorów przed tradycyjnymi mediami. - Idea dziennikarstwa, która powstała w erze Gutenberga i upowszechniła się XIX i XX wieku zmieniła się. Zwykli użytkownicy internetu potrafią nagrywać własne materiały, szybko je emitować oraz interpretować . Takie są fakty. Pytanie, jak na to odpowiedzieć? – mówił Paul Lewis, szef działu projektów specjalnych i dziennikarz śledczy „Guardiana”. Odpowiedzią jego redakcji jest wdrażana od ponad roku strategia „Digital-first” i rozbudowuje swoją witrynę internetową, tworzy coraz więcej blogów i serwisów tematycznych oraz otwiera się na materiały nadsyłane przez czytelników. Dziś, serwis Guardian.co.uk jest trzecią co do wielkości witryną informacyjną na świecie po serwisach „Daily Mail” oraz „New York Times”. Mimo to gazeta – podobnie jak jej konkurenci - wciąż większość swoich przychodów czepie z reklam w papierowym wydaniu. – W pewnym sensie to nie ma znaczenia, bo to źródło przychodów szybko wysycha – podkreśla Lewis, który wziął udział w seminarium w Instytucie Reutera na Uniwersytecie Oksfordzkim.  Zastrzegł jednak, że nie wierzy w śmierć papierowych gazet. – Na pewno przeżyje choćby część magazynów, wierzę w to, że pozostaną również gazety weekendowe – dodał Paul Lewis, zdobywca British Press Award oraz Bevins Prize za dziennikarstwo śledcze. 

Swoje wystąpienie o mediach społecznościowych zakończył prowokacyjnym pytaniem „Wiadomości bez dziennikarzy?” tylko po to, żeby po chwili stwierdzić, że bez zawodowych reporterów raczej nie da się obejść. Ku radości nie tylko mojej, ale i kolegów z Finlandii, Włoch, Libanu, Pakistanu, Indii, Korei Południowej oraz USA. Choć nie każdy z nich odebrał to pytanie z jednakową powagą. Z pewnością Laura King z „Los Angeles Times”, która od ponad 10 lat jeździ z wojny na wojnę odczuwa to inaczej niż Gibran Peshimam, szef działu politycznego „The Express Tribune” z Pakistanu. „Los Angeles Times” trafiła w ręce magnata nieruchomościowego, który nie ma pojęcia o mediach, ale deklarował, że uratuje słabnący tytuł. Jego menedżerowie zaczęli od wprowadzenia spółki w stan upadłości, zmniejszenia objętości gazety, zamykania dodatków i zwolnień. Kolega, który w zeszłym roku był w „LA Times” opowiadał, że zgubił się szukając toalety, a na piętrze nie było nikogo, by zapytać o drogę. Z kolei „The Express Tribune” z Karachi o takich problemach słyszała najwyżej od swego zachodniego partnera – „International Herald Tribune”. Powstała dwa lata temu i od tej pory wyłącznie rośnie oraz zatrudnia ludzi (a do zaprojektowania szaty graficznej ściągnęła Jacka Utko, twórcę makiety m.in. „Pulsu Biznesu”). 

W dobie nowych mediów cykl produkcji newsa nieodwracalnie się zmienił. Samo pojęcie deadline’u, czyli terminu oddania materiału do publikacji przestaje obowiązywać. Wymogiem staje się wyprzedzenie konkurencji, nadążanie za tym, co dzieje się u i teraz. Paul Lewis twituje z sądów natychmiast po ogłoszeniu wyroku, odkąd w brytyjskich sądach dziennikarze mogą wnosić na rozprawy komórki i laptopy. – Porozmawiajcie z weteranami zawodu, opowiedzą wam, jak po wydarzeniu szli do pubu się napić zanim zaczynali pracę nad materiałem. Ich historie mnie onieśmielają – mówił Lewis.

- Naprawdę? Nie wyglądasz na onieśmielonego – wtrącił 66-letni John Lloyd, korespondent „Financial Times” w Europie Środkowej i Wschodniej, który prowadził seminarium jako wykładowca Instytutu.

 

Od lewej: John Lloyd i Paul Lewis

Od lewej: John Lloyd i Paul Lewis

środa, 16 stycznia 2013

Dziś dostałem taki list od sąsiada zza ściany:

Vadim,

A friend left some free food in 'our' freezer space without telling me exactly what. Not being used to sharing this space, I realized that I might have been eating some of your food! Sorry, dude, if I did this. Let me know.

Happy Wednesday,

Tom

Tom jest uroczym chłopakiem z Waszyngtonu i był pierwszą osobą, którą spotkałem w akademiku, gdy przyjechałem. To on oprowadzał mnie po budynku i pokazywał co i jak działa. To Tom pokazał mi moje szafki w kuchni oraz półki w lodówce i zamrażarce.

Dla ciekawskich: nie zjadł przez pomyłkę nic mojego :)

11:11, vadim.makarenko
Link
wtorek, 15 stycznia 2013

Mówimy „Oksford", myślimy „stary". Balliol, Corpus Christi, All Souls czy Christ Church - należą do najstarszych college’ów na Oksfordzie i ilekroć ktoś wymawia nazwę uniwersytetu, to właśnie ich mury stają przed oczyma większości ludzi. Green Templeton College, do którego należę, jest najmłodszym na uczelni, bo powstał w 2008 r. m.in. dzięki pieniądzom rekina świata finansów oraz założyciela potęgi na rynku procesorów - Johna Templetona i Cecila Greena. Pierwszy stworzył fundusze Templeton Growth (dziś są częścią Franklin Templeton Investments), które zarobiły krocie na japońskich spółkach. Drugi założył Texas Instruments, potęgę na rynku półprzewodników. Green i Templeton zaczynały jako dwa osobne college’e, ale połączyły się w 2008 r. Dlatego do Green Templeton College należą adepci medycyny, zarządzania i biznesu, nauk społecznych oraz dziennikarstwa. - Jak wiele innych uczelni z wielką tradycją, również nasza stosunkowo późno doceniła rolę edukacji biznesowej - przyznaje sir David Watson, dyrektor college’u. 

Mimo młodego wieku college należy do najładniejszych w Oksfordzie, wszyscy tak mówią (no dobra, wszyscy ci, którzy nie należą do konkurencyjnych). To na jego terenie mieści się słynne Radcliffe Observatory - jedno z trzech największych obserwatoriów w Wielkiej Brytanii. Dziś teleskop zajmuje tam ostatnie piętra, a na pierwszych dwóch mieszczą się jadalnia i salon. College zerwał z tradycją i podczas posiłków nie sadza swoich wykładowców na podium, lecz na równi ze studentami. Do ich dyspozycji pozostaje natomiast osobny pokój, w którym mogą jadać wraz ze swoimi gośćmi. Właśnie tam naszą dziennikarską grupę zaprosił na obiad sir David. Po obiedzie zaprowadził nas do salonu, piętro wyżej, gdzie członkowie uczelni i ich goście mogą usiąść w wygodnych głębokich fotelach przed kominkiem, napić się kawy i przeczytać gazetę. 

Green Templeton College skupiający głównie studentów podyplomowych i doktorantów jest także mieszanką wielokulturową. Dziś ma ponad 500 studentów z 45 krajów, a Brytyjczycy „stanowią w śród nich zdecydowaną mniejszość", jak to określił skarbnik Mike Dudley. „College, który pozwoli Oksfordowi wkroczyć w przyszłość" - tak o tym miejscu mówi uczelnia w swoich materiałach reklamowych. Jednak powiedzieć, że Green Templeton College nie ma swojej historii byłoby nie fair. To do niego należy siedziba mojego Reuters Institute for the Study of Journalism. Dawniej w tym uroczym domu z wiktoriańskiej epoki mieszczącym się tuż przy Ogrodach Norham mieszkał wraz z rodziną sir Richard Doll, znany epidemiolog i jeden z ojców-założycieli college’u. Przeszedł do historii, gdy jako pierwszy na świecie udowodnił, że palenie wywołuje raka płuc. Jego badania trwały 50 lat, a część z nich przebiegała w znajdującym się nieopodal szpitalu Radcliffe Infirmary. W tym samym, w którym w 1941 r. po raz pierwszy w historii pacjentom podano penicylinę.

- Niezwykły człowiek. Jeszcze na kilka miesięcy przed śmiercią prowadził badania naukowe - zaznacza szef Green Templeton. Richard Doll zmarł w lipcu 2005 r., w wieku 92 lat.

niedziela, 13 stycznia 2013

Przysposobienie biblioteczne w instytucie, koledżu i na wydziale, szkolenie informatyczne w tych samych miejscach. Konta, hasła, protokoły… Poza wiedzą ta wspaniała uczelnia obciąża swoich studentów taką masą papierów z instrukcjami, opisami procedur i procesów, że nawet Harry Potter by się pogubił, a co dopiero dziennikarze.

Co z tego, że byli na wojnach, robili wywiady z prezesami i noblistami, opisywali trendy rynkowe, zabójstwa premierów i korupcję? I tak po godzinnym szkoleniu w Bodleian Library nie byli w stanie połapać się, jak działa tutejszy system zamawiania książek. - Ty, o co chodzi z tym Swindon? Kompletnie nie rozumiem, skąd się ono nagle wzięło i dlaczego książki jadą aż stamtąd - wyznał kolega z Włoch podczas piątkowego piwa. Swindon leży 30 mil od Oksfordu, w hrabstwie Wiltshire. Od dwóch lat Bodleian Library trzyma tam sporą część swego księgozbioru, o czym Anna, prowadząca w tej szacownej instytucji szkolenia dla studentów, zapomniała powiedzieć. - Weźcie pod uwagę, że czasem na książki ze Swindon czeka się 3-4 dni - zaznaczyła jedynie. Bodleian działa od 1602 r. i dodaje do swojej kolekcji tysiąc nowych pozycji dziennie, więc nie mogła nie zderzyć się z problemem braku miejsca. Rozrastała się i przejmowała okoliczne budynki, ale kiedyś to musiało się skończyć. Do magazynu w Swindon, który kosztował 26 mln funtów, przeniesiono - według dziennika "Guardian" - ponad 8 mln najrzadziej zamawianych tomów. To ciekawe, że taki gigant nie rozdaje pierwszakom nawet mapki z oznaczeniem wejść i działów, których trochę ma. 

Ze szkolenia informatycznego nie udało się wiele wynieść. Chris, spec z wydziałowego IT, przechadzał się dzielnie między dziennikarzami próbującymi aktywować swoje konta w systemie i od czasu do czasu udzielał jednej i tej samej cennej wskazówki: "Zrestartuj swój laptop". Ku mojemu zaskoczeniu działała w 90 proc. przypadków. Gdy jednak i to zawodziło, padała druga: "Zadzwoń do uniwersyteckiego centrum pomocy, na wydziale się tym nie zajmujemy". Usłyszałem to, gdy okazało się, że uniwersytet nie ma jeszcze oprogramowania szyfrującego (tak, tak, połączenie prywatnego komputera z uczelnianą siecią musi być szyfrowane) dla mojej wersji systemu operacyjnego. Bez niego nie mógłbym wejść do systemu, czyli nie mógłbym zamawiać książek w bibliotece, co jeszcze jakoś dałoby się przeżyć. Gorzej, że nie mógłbym zamówić także obiadów w koledżu. Na całe szczęście Oksford, podobnie jak większość szanujących się europejskich uczelni, należy do konfederacji eduroam, do której należy także moja Alma Mater - UW. W efekcie wszystkie moje urządzenia same podłączyły się do sieci już pierwszego dnia. 

Trochę wprowadzeń, aktywacji oraz aktywacji do aktywacji wciąż mam przed sobą. - Zanim człowiek wyrobi sobie wszystkie hasła, uprawnienia i karty, już musi się stąd zabierać - stwierdziła ze śmiechem Kate z administracji Instytutu.

12:37, vadim.makarenko
Link
piątek, 11 stycznia 2013

- Powiedziałabym, że to solidna oksfordzka infekcja, ale obstawiam, że w pańskim przypadku przyjechała z Warszawy - powiedziała dr Sarah Ledingham, gdy już zapoznała się z moją listą narzekań i krótką notą biograficzną. I dodała: - Sama minie. 

Siedząc w gabinecie, przy Beaumont Street 27, zasmarkany od ucha do ucha patrzyłem na nią z niedowierzaniem. "Sama minie?" Lewe ucho prawie nie słyszy, prawe - niewiele lepiej. Zatoki są gotowe eksplodować. A na wręczonej przez lekarkę kartce papieru przeczytałem: "Paracetamol". "Ach, to tak ćwiczy się tu sztywną górną wargę!'' - powiedziałem sobie, a pani doktor jakby usłyszała moje myśli. - Powiedziałabym, żeby pan nie zwracał na to uwagi, ale nie będę tego mówiła, bo wiem, że przez najbliższe kilkanaście tygodni będzie pan bardzo zajęty - ciągnęła. O tak, zajęć mam co nie miara i to niekoniecznie takich, jakich się spodziewałem. 

Lekcja pierwsza: założenie konta w banku. Sądziłem, że zajmie mi to jeden dzień, ale minęły już cztery, a konta jak nie miałem, tak nie mam. Barclays, Lloyds TSB, HSBC, Santander odesłały mnie z kwitkiem. Ich pracownicy sprawiali wrażenie szczęśliwych, gdy wpadałem do oddziałów, ale uśmiechy szybko zastępowało rozczarowanie, gdy okazywało się, że mój pobyt ma trwać trzy miesiące. Okazuje się, że pół roku - to najkrótszy okres posiadania rachunku bankowego w Wlk. Brytanii przez cudzoziemca. Nikt nie mógł wytłumaczyć dlaczego, ciągle słyszałem tylko "zasady", "bezpieczeństwo" itp. W końcu pracownik Barclays postanowił, że będzie ze mną szczery: - Trzy miesiące? To po co panu konto? 

Pozdrawiam jego i cały Barclays Bank, kochający Libor

Dopiero NatWest tchnął we mnie trochę wiary w kapitalizm. - Naprawdę? Nie musimy wiedzieć, że będzie pan z nami tylko trzy miesiące. W pewnym momencie środki po prostu przestaną wpływać na konto i ono wygaśnie - powiedziała pracownica NatWest puszczając do mnie oko. (Maciek Samcik, czy mógłbyś przyznać im jakąś swoją nagrodę? Np. tytuł najbardziej miłego dla cudzoziemców banku zagranicznego) Jednak również NatWest potrzebuje do otwarcia rachunku tygodnia, podczas gdy inne banki od razu rezerwują sobie dwa. Jakim cudem to tyle zajmuje? Nigdy nie przepadałem za polską bankowością, ale - że użyję anglicyzmu - w porównaniu z tutejszą ona lśni. 

Lekcja druga: łączność. Już kilka ładnych lat temu wypowiedziałem roamingowi małą prywatną wojnę. Komisja Europejska poskromiła nieco apetyty operatorów, ale i tak uważam, że nie dodusiła ich do końca. Dlatego nawet gdy wyjeżdżam za granicę na tydzień, kupuję karty pre-paid w lokalnych sieciach. A pod tym względem w Anglii jest w czym wybierać. Wybrałem sieć 3, którą zbudował Hutchison Whampoa, konglomerat przemysłowy z Hongkongu. Ale mniejsza z nim, bo kto nie dałby się nabrać na hasło ''all-you-can-eat'' data plan? A do tego 300 minut i 3000 SMS-ów za 15 funtów miesięcznie? Ja się dałem, ale jeszcze tego samego dnia okazało się, że internet ma ograniczenia, bo działa wyłącznie w sieci 3G, co w 8 godzin wyczerpuje baterię mojego telefonu. Do tego zasięg sieci 3 w moim akademiku jest symboliczny. Pytałem w salonie, przed zakupem karty, jak będzie z odbiorem. Ekspedientka parsknęła śmiechem: - Zasięg? Jest wszędzie. No, chyba że wybiera się pan tam, gdzie diabeł mówi dobranoc.

środa, 09 stycznia 2013

Do dziś słyszę te słowa od ludzi, którym mówię, że wyjechałem do Oksfordu, choć ostatni odcinek tego programu edukacyjno-rozrywkowego TVP 1 wyemitowała 12 lat temu. Jego autorką i prowadzącą była Izabella Dukaczewska-Oleś. Zaczynała go jako poradnik orientacji zawodowej dla młodzieży prezentujący placówki edukacyjne, ale stopniowo zamieniła w show z prawdziwego zdarzenia, z publicznością w studiu, muzyką na żywo i lożą jurorów, których znamy dziś z zagranicznych widowisk w rodzaju „Must Be the Music" czy „Mam talent". W tamtym jury pojawiali się m.in. Grzegorz Miecugow i Monika Olejnik.


Jednak swoją popularność „Jeśli nie Oxford, to co?.." zawdzięczał nie tylko tym prostym - jak na dzisiejszy telewizyjny świat - sztuczkom. Na początku lat 90. wyższe wykształcenie w Polsce było czymś dużo bardziej elitarnym niż dziś, a na studia trzeba było zdawać egzaminy wstępne. Tymczasem uczestnicy programu mogli indeks prestiżowej polskiej uczelni po prostu… wygrać, dlatego castingi przyciągały tysiące osób. W ciągu dziesięciu lat program Dukaczewskiej-Oleś wyprodukował jakąś setkę szczęśliwych studentów. - Do dziś spotykam moich laureatów, którzy pracują w przeróżnych branżach. Część z nich do tej pory wysyła do mnie kartki - mówi autorka. Tuż po rozmowie z nią spotkałem się z jednym z nich w naszej redakcji (ale nie chciał się tym chwalić, więc nie będę podawał tu jego nazwiska).

Poza tytułem o University of Oxford w programie nie było ani słowa. Ta legendarna uczelnia wówczas pozostawała praktycznie poza zasięgiem Polaków. „Skoro nie ma co marzyć o Oksfordzie, to co nam zostaje?" - sugerował tytuł, który w  wewnętrznym konkursie wymyśliła jedna z pracownic redakcji programu „Telewizja nocą”. - Oksford był bardzo znaną uczelnią, ale nie mieliśmy wtedy takich możliwości, tak dużo osób nie wyjeżdżało za granicę - wspomina Izabella Dukaczewska-Oleś. Razem zastanawialiśmy się, jaki tytuł jej program mógłby mieć dziś. Wyższe wykształcenie jest dużo bardziej dostępne, na rynku działają tysiące uczelni prywatnych, a i Uniwersytet Oksfordzki jest czymś dużo bardziej dostępnym niż kiedyś, nawet w regatach wioślarskich Oksford przeciwko Cambridge udział bierze Polak. Studia na Oksfordzie już nie leżą poza zasięgiem, są do zrobienia. A skoro tak, to może lepszym tytułem byłby „A właśnie że Oksford!” albo „Tylko Oksford”?

Jak sądzicie?

wtorek, 08 stycznia 2013

Przez najbliższe trzy miesiące będą pisał z Oksfordu. Nie będą to doniesienia ze świata mediów i marketingu. Nie będzie też głębokich spostrzeżeń z wykładów i seminariów odbywających się na jednej z najstarszych i najbardziej znanych uczelni na świecie. Na to wszystko jeszcze przyjdzie kiedyś czas. Teraz będę chciał podzielić się z wami moim pamiętnikiem z podróży.

Ślęczę tu nad pracą naukową, a że dostałem stypendium, to nie mogę pracować zawodowo i pisać do mojej gazety. Nie mogę też relacjonować zajęć, które odbywają się na uniwersytecie - wyjaśniono mi, że są one własnością intelektualną, za którą studenci (albo ich sponsorzy) płacą niemałe pieniądze. Pozostaję jednak dziennikarzem, dlatego będę próbował znaleźć jakiś sposób na to, żeby i wilk był syty, i owca cała.

Powrót na studia jest fajnym przeżyciem. Oderwać się od pracy w redakcji dziennika, zamiast 30 artykułów przygotować jeden, zamieszkać w akademiku i w ciągu jednego dnia poznać tłum ludzi z różnych zakątków świata - bezcenne. Szkoda, że mam na to tylko trzy miesiące, czyli trochę więcej niż wakacje w szkole. Taki oksfordzki przecinek, po którym szybko następuje ciąg dalszy, czyli powrót do rutyny. Taka moja Oxford comma. Prawdziwa Oxford comma też istnieje - to przecinek stawiany przed spójnikiem. W staropolskim zdaniu "Lasy, pola, góry i doły" w większości języków nie ma przecinka przed "i". Ale w pracy naukowej na Oksfordzie to zdanie miałoby wyglądać tak: "Lasy, pola, góry, i doły".

Oxford comma pozwala uniknąć nieścisłości - twierdzą jej zwolennicy. Większość jednak robi sobie z niej jaja, jak np. chłopaki z Vampire Weekend.



Albo jeden z moich ulubionych serwisów satyrycznych, The Onion.

 

Ja też postaram się traktować mój oksfordzki przecinek z dystansem.